Auschwitz-Memento
  • A
  • A+
  • A
Auschwitz-Memento

Stanisław Kowalski

Biografia
Stanisław Kowalski

Urodził się 1 kwietnia 1920 roku w Warszawie. Ojciec Leon był rzemieślnikiem, a matka Władysława ze Skrzypkowskich zajmowała się domem. Stanisław, jako najmłodszy z czwórki dzieci miał trzy starsze siostry. Ukończył gimnazjum i liceum warszawskie, w których językiem wykładowym był francuski. Od siódmego roku życia należał do harcerstwa. Oprócz zamiłowania do aktywności sportowej interesował się również śpiewem. Przed wojną miał kuzyna, który był posłem na Sejm RP i korzystając z jego biletu na okaziciela podróżował po kraju. Maturę zdawał już w ramach tajnych kompletów po wybuchu wojny. 10 października 1939 został zaprzysiężony do działalności konspiracyjnej w organizacji Służba Zwycięstwu Polski, w której zajmował się działalnością organizacyjną i tworzeniem sieci kontaktowej w okolicach Błoń i Milanówka. W lipcu 1940 roku został aresztowany i poddany brutalnemu śledztwu – więziony był na Alei Szucha oraz na Pawiaku. Następnie, we wrześniu został wywieziony do KL Auschwitz. Tam pracował na żwirowni, a następnie jako cieśla. W obozie przebywał dwadzieścia miesięcy. Po wojnie, w 1947 roku rozpoczął studia na Wydziale Stomatologicznym Uniwersytetu Warszawskiego, który został później przemianowany na Akademię Medyczna. Z dyplomem stomatologa chciał studiować medycynę, ale został powołany do wojska, gdzie odbył trzyletnią służbę z brakiem możliwości awansu – z uwagi na przynależność do Armii Krajowej. Od 1951 roku pracował w Szpitalu na Żoliborzu.
Został odznaczony Orderem Virtuti Militari, Krzyżem Partyzanckim oraz Krzyżem Armii Krajowej.

Relacja

Grałem na giełdzie. Trochę pieniędzy wygrałem. Byłem kilkanaście lat w Stanach Zjednoczonych. Tam pracowałem w szpitalu i dość dobrze zarabiałem. Jak przyjechałem to ja anonimowo wystąpiłem, bo chciałem pomnik postawić. Chciałem dać połowę pieniędzy, a koledzy by dołożyli, żeby to było wspólne. Pomnik był poświęcony ludziom, którzy tam byli i którzy tam ginęli. Z tych moich pamiątek związanych z obozem jest kościół w Wejherowie Chrystusa króla, gdzie ja ufundowałem witraż przedstawiający Maksymiliana Kolbe. Tam na tablicy nie jest napisane, że to ja, ale w imieniu wszystkich kolegów tych, co byli mordowani, również żyjących. Tych, co byli zamordowani zarówno za komuny, jak i za Hitlera.
Byłem w stałym kontakcie z ludźmi, którym chciałem w taki czy nie inny sposób pomóc. Nie mówię już o występach dla młodzieży. Jeździliśmy na Podlasie i tam w tych liceach mieliśmy prelekcje odnośnie pobytu w obozie. Przychodziło bardzo, bardzo dużo ludzi.
To, co powiedziałem to jest w pewnym sensie moja łączność z obozem oświęcimskim. Chyba byłem jednym z pierwszych, który napisał książkę i to w Stanach Zjednoczonych. Byłem w zgromadzeniu wojennym. Zaprzysiężony już w obronie Warszawy w 1939 roku i po obronie Warszawy zaprosiłem żonę w 1939 roku już 10 października przez organizację wojskową Służba Zwycięstwu Polski. To była pierwsza organizacja tutaj na terenie Warszawy.

Moje nazwisko Kowalski Stanisław, urodziłem się w 1920 roku, 1 kwietnia w Warszawie. Tutaj na terenie Warszawy pobierałem naukę wstępną. Było gimnazjum i na uniwersytecie skończyłem dwa fakultety. Tak się złożyło, że po wojnie musiałem pauzować przez bardzo długi okres czasu i zacząłem studia dopiero w 1947 roku. Studia zacząłem na wydziale Uniwersytetu Warszawskiego, wydział stomatologiczny. W późniejszym czasie wydział stomatologiczny został przemianowany na Akademię medyczną. Byłem jednym z pierwszych studentów tej Akademii. Po ukończeniu studiów uzyskać absolutorium w 1949 roku. W tym czasie, w czasie komunizmu nie było łatwo dostać się do wyższych szkół. Szczególnie tym, którzy byli zaprzysiężeni i byli żołnierzami Armii Krajowej i w Związku Walki Zbrojnej. Ja byłem właśnie w tej organizacji. Po rozwiązaniu Armii przez dowództwo AK postanowiłem studiować.
Miałem dyplom stomatologa i byłem przyjęty już na czwartym roku medycyny. Władze komunistyczne powiedziały mi wyraźnie, bo była taka sytuacja, że powołano mnie do wojska. Przedstawiłem dowody, że jestem studentem na Uniwersytecie Warszawskim. Odpowiedziano mi: taki jak ty już więcej studiować nie musi. Trochę się to skomplikowało, bo nie dość, że ja prosiłem o możliwość studiowania, ewentualnie w mieście z wydziałem medycznym to mnie złośliwie skierowali do Koszalina. Służyłem w wojsku trzy lata, jako oficer najniższego stopnia z tego powodu, że oczywiście byłem w Armii Krajowej. Moi koledzy po sześciotygodniowy stażu w Łodzi otrzymywali dwa stopnie wyżej niż ja. Władze starały się mnie umęczyć i zniechęcić w ten sposób.
Rozpocząłem życie, kiedy marszałek Piłsudzki zwyciężył wojska bolszewickie. Byłem chorowitym dzieckiem. Cztery razy miałem zapalenie płuc. Nie wrócono mi długiego życia. Leczył mnie felczer, który później przez gestapo został rozstrzelany na Palmirach.

– Czym się zajmowali rodzice?
– Pochodzę z rodziny bardzo ubogiej. Ojciec był rzemieślnikiem. Mama oczywiście nie pracowała. Rodzeństwo moje składało się z trzech sióstr, z których tylko jedna jeszcze żyje i ma już dziewięćdziesiąty rok życia. Ja byłem ostatnim dzieckiem w tej rodzinie.

– Jak nazywali się rodzice?
– Ojciec Leon, a mama Władysława ze Skrzypkowskich.

– Czy ta siostra, która żyje była w obozie?
– Siostra nie, ale była aktywną i była zaprzysiężona w tej samej organizacji, co ja.
Pułkownik Nieczuja. To był starszy pan, który przyjmował przysięgi od nas. To było 10 października 1939 roku. Siostra byłą bardzo aktywna. Wiem, że jeździła na wschód za Bug i tam miała jakieś kontakty związane z organizacją. Przewozili zdaje się pieniądze, organizowali ośrodki podziemia. Mieszka też w Warszawie sama. Ma swoją rodzinę, która jest w Kanadzie w Toronto. Ona, jako patriotka nie chciała jechać do Kanady. Jak na swój wiek jest względnie aktywna i czuje się dobrze. Sama chodzi.
Moja pierwsza siostra najstarsza nazywała się Celinka Olszewska. To była moja najukochańsza siostra, która niestety umarła w wieku 42 czy 43 latach. Jej mąż został aresztowany i ona została sama. Miała jakieś infekcje mózgowe związane prawdopodobnie z jakimś ropniem. Mieszkała w Milanówku.
Olejna siostra też miała nieszczęście. Mianowicie była zamężna. Nazywała się Leokadia Olender. Mąż został powołany do wojska w 1939 roku, jako podchorąży. Widziałem go jeszcze jak przyjechał na koniu z Mławy do Warszawy. Mieli się tam mocować. Podobno został w lunaparku zabity. Siostra zmarła na skutek raka piersi. Miała podobno przerzuty do płuc, ale nie mówili mi nic, bo nie chcieli mnie martwić.
W ten sposób zostałem tylko ja, kołatający się na prawie sztywnych nogach i moja siostra.
Z mojego małżeństwa urodziło się dwie córki. Pierwsza to Iwona Wojewoda. Urodzona w
1949 roku. Druga córka urodzona jest w 1955 roku. Żona była w ciąży. Był syn, ale poroniła. Obydwie córki są na emigracji.

– Proszę powiedzieć coś o pierwszej szkole. Czy działał pan w harcerstwie?
– Chodziłem do szkoły podstawowej. W pierwszym okresie byłem bardzo dobrym uczniem, ale później stałem się leniuchem i nie bardzo mi się chciało uczyć (śmiech). Zmądrzałem, kiedy zacząłem myśleć poważnie i kiedy po wojnie zdecydowałem się na studiowanie i ukończenie szkoły wyższej. Studiowałem i uczyłem się przede wszystkim w gimnazjach prywatnych. Dostawanie się do szkół państwowych było bardzo wysublimowane. Istniały pewne zasady i pewna protekcja. W gimnazjach wszyscy studenci i studentki nosiły ubrania, które były zarządzeniem dyrekcji poszczególnych szkół. Gimnazjaliści nosili granatowe ubrania z paskiem wzdłuż spodni i czapkę maciejówkę. Na tej czapce był wszyty kolor czerwony i niebieski. I tarcza. Każde gimnazjum miało tarczę z numerem zatwierdzonym przez kuratoria. Najlepszym przed wojną gimnazjum i liceum było liceum Batorego. Nosiliśmy tarcze. Czerwone tarcze nosili uczniowie przed maturą tzn. szósta, siódma i ósma klasa. Wtedy było sześć klas maturalnych. To była mała matura po czterech. W tych małych maturach nosili niebieskie tarcze. Zarządzenie było bardzo korzystne ze względu na moralność i wychowanie młodzieży. Jak powiedziałem pierwsze to był Batory, drugi to był Czacki, trzeci Lelewel, czwarty Mickiewicz, piąty Poniatowski. Królowej Jadwigi były gimnazja żeńskie. Ja nie pamiętam numeru swojego prywatnego gimnazjum. Ja ukończyłem gimnazjum i liceum w szkole, która była jedyną szkołą w Warszawie i chyba i w Polsce z wykładowym językiem francuskim. Ja niestety francuskiego nie znałem. Uczyłem się języka niemieckiego. To była typowa szkoła francuska, bo tam uczyli po francusku. To była prywatna szkoła. Ukończyłem w tej szkole małą maturę i pierwszy rok i wybuchła wojna w 1939 roku. Ponieważ nie byłem pilnym uczniem musiałem pauzować i powtarzać jeden rok. W związku z tym maturę zrobiłem dopiero w okresie okupacji w tzw. kompletach urządzonych przez ta sama szkołę. Byli wyznaczeni profesorowie przez kuratorium. Oczywiście tajne kuratorium było w tym czasie, bo przecież nie istniało kuratorium, bo Niemcy nie pozwalali nam się uczyć. Nauka była zabroniona w tym okresie dla młodzieży. Mogli chodzić tylko do szkoły zawodowej. Gimnazja i licea były zabronione.

– Kim pan chciał zostać?
– Od siódmego czy ósmego roku życia należałem do Związku Harcerstwa Polskiego. To był związek niepowtarzalny w sensie tym, co się dzieje na arenie wychowania młodzieży. Nie było żadnej propagandy, a mimo wszystko młodzież była bardzo, bardzo patriotyczna. W programie naszego harcerstwa było szkolenie, od czasu do czasu wycieczki różne, obozy. Mieliśmy odznaki, które nosiło się na ramieniu. Na jednym z obozów kazali mi gotować dla wszystkich harcerzy. Gotowałem jeszcze z jednym kolegą. Gotowaliśmy taki kocioł grochówki. Była tak dobra ta grochówka, że dla nas zabrakło. Dla kucharzy (śmiech). Miałem sprawność. Na sprawność miało się takie kółka i nosiło. Im więcej tych sprawności tym lepszym harcerzem się było. Ja byłem harcerz orlim. Potem był podharcmistrz. Pod koniec byłem zastępca drużynowego. Moim drużynowym był Tadzio Chuter (Huter?). Inżynier po ukończonej Politechnice Warszawskiej. Konta się z nim później urwał. Ślad po nim zaginął. Harcerstwo dla mnie było jednym z najpiękniejszych okresów mojego młodzieńczego życia. Dlaczego? Dlatego, że mieliśmy sport rozwinięty. Grałem dobrze w siatkówkę. Bardzo dobrze pływałem. Uprawiałem prawie wszystkie dziedziny sportu: hokej, narty. Byłem tzw. samozwańczym sportowcem. W piłkę nożną grałem nawet w klubie. Uwielbiałem narciarstwo.
Z rzeczy, które bardzo lubiłem to śpiew. Chciałem nawet się zapisać do szkoły śpiewaczej, ale to nie było na moją kieszeń. Do tej pory pamiętam jeszcze Halkę. Zacytuję (śpiewa) Nieszczęsna halka, gwałtem tu idzie. O Boże miłosierny Ty chroń o Panie chroń. Gdyby ją tam powstrzymali ja nie mogę. Szumią jodły na gór szczycie, szumią sobie w dal. Mnie młodemu smutne życie, gdy mam w sercu żal. Nie ma żalu do nikogo jeno do ciebie. Hej Halino, hej dziewczyno, dziewczyno moja. To wina twoja (śmiech).
Jak byłem w Ameryce i pracowałem to był tam chór Polonia. Dyrygent i kierownik tego chóru kiedyś usłyszał mój głos. Panie doktorze takiego głosu jak pan ma my potrzebujemy. Niech pan przyjdzie do naszego zespołu śpiewaczego. Ale ja miałem dużo pracy. W Ameryce było tak, że nie można było leżeć brzuchem do góry i nic nie robić. Płacili, ale żądali. Ja, co drugi dzień miałem dyżury po 24 godziny na dobę.
Uczyłem się języka angielskiego. Za semestr nauki płaciło się trzy dolary, podczas, gdy ja na samym początku zarabiałem siedem dolarów na godzinę, a później nie chcę się chwalić dwadzieścia dolarów na godzinę.
Harcerstwo dało mi podstawy moralne i zobowiązania i miłość wielką do ojczyzny. Chociaż mój ojciec był rzemieślnikiem nienawidził komunizmu. On żył w Rosji jeszcze za carskich czasów i opowiadał, że było zupełnie dobrze.

II wojna światowa nie tyle, co nas zaskoczyła ile w pewnym sensie nie wierzyliśmy, że może wybuchnąć. Hitler straszył i liczyliśmy się, ze Europa nie zgodzi się na pozostawienie państwa w rękach Hitlera. Rządził wtedy zasadniczo dwie nacje. Anglicy i Francuzi, którzy podobno byli naszymi przyjaciółmi. Zawierzyliśmy im, jako Polacy. Efekt był taki, że Hitler nie przestraszył się tego ze względu na to. Zaskoczył nas. Mieszkałem po Warszawą i gdzieś rano o godzinie piątej usłyszeliśmy strzały. Wyskoczyłem z pokoju i wyszedłem na podwórze. Patrzę i widzę walkę samolotową. Myślałem, że to są ćwiczenia urządzone przez lotnictwo, a to zaczęła się wojna. Mówiono nam, że jesteśmy uzbrojeni, że mamy wszystko, co trzeba, a popełniono wiele błędów. Jednym z zasadniczych błędów, że kiedy Beck (?) na swoim ostatnim przemówieniu mówił, że nie oddamy garści ziemi. Liczyliśmy na to. Przed wojną była akcja zbierania pieniędzy na uzbrojenie wojska polskiego. Ludzie bardzo chętnie to partycypowali. Dla nas młodzieży zaskoczeniem było to, że jak się przekonaliśmy to okazuje się, że ta wiara i zła informacja, która wprowadziła nas w błąd nie spełniła tego, co miało być. Tzn. że nie jesteśmy przygotowani do wojny.
Ja pamiętam jedno, że przed wybuchem wojny miałem takiego dobrego kuzyna, który był posłem na sejmie. On miał bilet drugiej klasy kolejowy z tym, że bez okazywania tożsamości. On mi dawał ten bilet. Kolej kosztowała. On nie korzystał w tym czasie z tego biletu. Ja sobie jeździłem. Byłem w Poznaniu na targach. I przed sama wojną wyjechałem do Gdyni. Wtedy to była wioska rybacka. Gdynia była budowana przed wojną. Potem zobaczyłem piękne miasto. Kiedy tam pojechałem zobaczyłem tą siłę niemiecką. Mianowicie masę szkopów z tzw. hakenkroizami w tych brązowych ubraniach swoich łaziło po dworcu i dyrygowało. Dalej jak jechałem to obserwowałem krajobraz. Zobaczyłem ukrytych żołnierzy niemieckich, którzy byli już przygotowywani do ataku w pełnym, bojowym rynsztunku. Jak wróciłem podzieliłem się tą wiadomością z moim serdecznym kolegą Stasiem Mikołajczykiem, z którym razem chodziliśmy do szkoły.

Jak już powiedziałem byłem zaprzysiężony w 1939 roku 10 października. Przysięgę ode mnie odbierał pułkownik Nieczuja. Oczywiście Nieczuja to pseudonim. Na pewno już nie żyje. Była to organizacja Służba Zwycięstwu Polski. Pracowałem razem z nim i jeszcze jednym oficerem rezerwy, który de facto wprowadził mnie do organizacji. To był bardzo wielki patriota. W tej chwili nie pamiętam jego nazwiska. On zginął. Przeznaczony byłem do organizowania kontaktów podwarszawskich. Między innymi dzięki mojej pracy zostały zorganizowane Błonie, Milanówek i tam te okolice. Tam miałem swoich znajomych. Siostra mieszkała w Milanówku. Przez nią miałem możliwość kontaktu z ludźmi pewnymi. Ja nawiązywałem łączność, a pułkownik jeździł tam do nich i wszystko załatwiał.

W 1940 roku w lipcu, chyba 22 lipca. Była przerwa w nauce, więc spotykaliśmy się. Ja bardzo lubiłem pływać. Spotykaliśmy się nad Wisłą. Przygotowywałem się do wyścigu w pływaniu Wilanów-Warszawa.

Nagle w pewnym okresie przyjeżdża trzech facetów gestapo. Przyjechali taka budą, a ten facet, który prawdopodobnie mnie zdradził to gdzieś się tam chował po krzakach, ale pokazywał ten, ten i ten. Mnie, koleżankę i jej brata aresztowali. Wsadzili nas do tej budy. Zawieźli na Aleję Szucha a stamtąd odwieźli nas na Pawiak. Znalazłem się na sali przejściowej. Kiedy mnie aresztowali byłem w letnim ubraniu. Siedziałem na oddziale siódmym. To był oddział przejściowy. Tam nie było gdzie spać. Cztery ściany i stół. Na drugi czy na trzeci dzień spałem na stole. Później przenieśli mnie na oddział piaty. Oddziałowym był Prusak. Kawał łobuza. Folzdeutsche. Straszliwie się znęcał nad nami. W celi miałem siedem czy osiem osób. Mała cela. Spało się na ziemi, na sienniku jeden przy drugim, a w kącie stało narzędzie na fizjologiczne potrzeby do załatwiania się w tej celi. Nagle znalazłem się w piekle. Z nieba spadłem do piekła. Moim niebem było słońce, że mogłem chodzić, jeździć i tu nagle to cholerne piekło mnie złapało i osadziło w więzieniu. Z tego więzienia wozili nas budami. Sławne czarne budy pokryte plandeką. Wozili nas tym pod strażą na Aleje Szucha. Tam była centrala całego gestapo na miasto stołeczne Warszawy.
Pamiętam pierwszy przyjazd. Najpierw nas wyprowadzali na podwórze więzienne. Tam „poczęstowali” nas odpowiednimi kopniakami i biciem. Rozładowywali nas pod strażą na tej Alei Szucha i przeprowadzali nas do tzw. miejsca, które było zakratowane. Były przedziały i każdy musiał siedzieć na krześle. Głowa odwrócona i nie wolno nam było między sobą rozmawiać. Czekało się na badanie. Pamiętam jeszcze numer pokoju 231. Trzecie piętro. To zakratowane miejsce nazywaliśmy tramwajem, bo czekało się jak na przystanku. Potem przychodził cerber gestapowiec, który wywoływał nazwisko i jak nikt nie jechał windą to jechaliśmy windą, a jak ktoś jechał to szliśmy po schodach. Wchodzę do tego pokoju 231 i widzę cztery osoby. Jedna to osoba siedząca przy maszynie do pisania, dwóch takich cerberów, oficerów takich chamskich. Zaczyna się rozmowa. Czy prawdą jest to, to i to? Starałem się odpowiednio wymigać. Druga rzecz udawać idiotę. To w pewnym sensie chwyciło, ale nie tak szybko. Byłem wożony tam trzy razy. Bili mnie do tego stopnia, że jak wracałem to dzięki kolegom sympatycznym, którzy siedzieli w tej celi robili mi okłady. Uzurpowali mnie strasznie. Kładli mnie na takim czymś podobnym do kozioł w Oświęcimiu i tam mnie tłukli. W efekcie ja nie przyznałem się do niczego, ale za trzecim razem oni już spasowali. Tylko jeszcze tych dwóch bandytów. Stałem tam to mnie tłukli w głowę. Głowa mi odskakiwała od muru i tak rozbił mi ucho. Miałem uszkodzoną błonę bębenkową po tym. Jak mnie zawieźli do Oświęcimia to dostałem ropnego zakażenia ucha środkowego.
W czasie, kiedy siedziałem w więzieniu przywieziono około dziesięciu ogolonych i w pasiakach. Nikt nie wiedział jeszcze o Oświęcimiu. Tych ludzi przywieziono z Zaksenhausen na tzw. powtórne badanie. Być może złapali jakiś kontakt. W końcu dowiedzieliśmy się, że jedziemy. Nikt jednak nie wie, gdzie jedziemy, ale jedziemy. Nie pamiętam dokładnie daty, ale to było we wrześniu. Zorganizowali transport. Pociąg stał już załadowany. Chyba z kilkadziesiąt wagonów bydlęcych i pełno ludzi. Okazuje się, że w tym czasie w Warszawie łapali wszystkich na ulicach. Nawet tych, którzy mieli legitymacje i zabierali do obozu niewinnych ludzi. Nas dołączyli do tego transportu. Razem jakieś tysiąc pięćset, tysiąc sześćset ludzi. Obstawiony był strażą i karabinami maszynowymi. Masę gestapowców jechało. Jechaliśmy w kierunku na Częstochowę. Jeden raz pociąg zatrzymali na wolnej przestrzeni i pozwolili nam wyjść za potrzebą fizjologiczną. W moi wagonie pięćdziesiąt parę osób siedziało. Dyskutowaliśmy wtedy, gdzie jedziemy. Patrzyłem przez szpary. Potem pociąg gdzieś stanął w nocy. To były Katowice. Ruszył dalej. W końcu stajemy. W pewnej chwili drzwi się otwierają. I strzały i psy dookoła szczekają. Oni robili panikę szkopy. Oni lubili psychicznie człowieka nastawić. Strzały, kopniaki, bicie, mordowanie. Ustawiali nas w piątki. Oddziały po pięćset osób. Idziemy. Nagle patrzymy brama z napisem Arbait macht frait. Stoimy na takim placu, to był plac apelowy i w pewnej chwili pojawiają się postacie w pasiakach. Łapię tam jednego i pytam, co to jest. Co jest? KL Auschwitz. Nie wiem, co to. W pewnej chwili przechodzi facet i mówi do nas: jak macie jedzenie to jedzcie póki możecie, bo oni wam wszystko zabiorą. Ja nic nie miałem. Dopiero się okazało, jacy są Żydzi. Pootwierali walizki. Mieli w nich wszystko. Każdy sobie wziął, co mógł. Ja pamiętam, że jadłem masło z cukrem. Zabrali nas do efektenkamer. Tam było przygotowane miejsce fryzjerskie. Strzygli nam głowy do gołej skóry. Tak samo ostrzygli nam wszystkie części ciała. Później była kąpiel. Do obsługi tego obozu oni przygotowali trzydziestu tzw. ferbrecherów, czyli bandytów niemieckich. Wszyscy ci bandyci byli numerowani i z różnymi winklami.

Ważyłem w obozie 40 parę kilogramów. Wiem, co to znaczy głód. Nikomu nie żałuje pomocy, jeśli mogę. Głód dla człowieka jest tragedią. Przypominają mi się postacie tych wyniszczonych ludzi, tych muzułmanów. To mnie bardzo, bardzo, bardzo bolało. Mieliśmy tu zespół lekarzy i leczyliśmy kombatantów.

Jestem odznaczony krzyżem Virtuti Militari. To najwyższe odznaczenie żołnierzy armii walczącej, bo tylko tym dawano te, odznaczenia, którzy walczyli. Mam krzyż partyzancki, krzyż Armii Krajowej, krzyż Oświęcimia, choć głupio to nazwali. Zamiast napisać Auschwitz to oni nazwali krzyż oświęcimskim. Najbardziej jestem dumny, że mam Virtuti Militari.

– Jak było w obozie?
– Siedziałem na bloku 10. Później blok 5, 18 i 22. Już jak pracowałem, dzięki protekcjom kolegów oczywiście, pracowałem, jako cieśla. Dostałem się dzięki tym kolegom do ciesielni i to dało mi bardzo dużo, bo odżyłem.

– Na początku, gdzie pan pracował?
– Na Bauchofie była kisgrupa tzn. to były takie żwirownie. Cała praca była w tempie szynel. Kapowie to byli przeważnie ludzie rekrutowani z niemieckich bandytów tzw. ferbracherzy. Oni mieli nieograniczone władze. Do tego stopnia, że on mógł zbić i nie było z tego żadnych konsekwencji. Chodziło o to by stan się zgadzał. Czy trup czy nie.
Początek to przywitanie komendanta naszego. To było na drugi czy trzeci dzień po naszym przyjeździe. Byliśmy w blokach po pięćset osób. Na placu apelowym wyszedł Rudolf Hess i dolmeczera. Dolmeczerem był hrabia Baworowski w tym czasie. On mieszkał w Wiedniu. Był głównym dolmeczerem – tłumaczem. Przywitał nas w ten sposób: nie myślcie, że jesteście tutaj w sanatorium. To nie jest sanatorium. To jest obóz koncentracyjny i każdy z was ma tutaj wyznaczony czas. Żydzi mogą żyć jeszcze tydzień czasu, księża dwa tygodnie, a wy od trzech do sześciu tygodni. Widzicie ten komin? To jest droga wyjścia do waszej wolności.
W tym właściwym Auschwitz było krematorium małe. Tak nas przywitał. Rodzicom naszym pozwolono przysłać nam po 50 marek, bo tam była kantyna. Sprzedawali tam śmierdzące buraki. Mimo to wszystko sprzedali, bo ludzie byli cholernie głodni.
Warunki, w jakich żyliśmy. Byłem na 5 bloku na sali trzeciej. Na tej Sali miało lokum dwustu pięćdziesięciu ludzi. Tam było miejsce tylko do spania. O godzinie piątej był gong i wszyscy musieli lecieć pod studnię. Tam była pompa. Z miską swoją do jedzenia i z tej wody korzystać, żeby się wymyć. Jak ktoś się nie wymył to go bili. Dbali o higienę, ale tylko prowizoryczną. O wszy to nie dbali. Tych dwustu pięćdziesięciu ludzi spało na tej Sali. Jak to wyglądało? Były sienniki słomą nabite i na tych siennikach poukładani jeden koło drugiego. Było specjalne miejsce, gdzie układało się koce. Nie ten sam koc każdy brał każdego dnia. Na sienniku spało na ziemi po trzy osoby na jednym sienniku. Jeden obok drugiego, a trzeci w nogach. Często było tak, że nogi miał mój śpiący w moich nogach, albo ja jego. Poduszek żadnych nie było. Za poduszkę służył mundur pokrzywowy. Trzeba było to złożyć w kostkę i włożyć pod głowę.
W pierwszy okresie zrobili nam tzw. przeszkolenie. Trwało trzy tygodnie. Uczyli nas maszerować, śpiewać piosenki po niemiecku. Wszyscy musieli umieć śpiewać. W tym czasie robili sobie pośmiewisko z ćwiczeń. Turlanie się po ziemi, po błocie, po szkłach.
Kiedyś wzięli mnie dorywczo do pracy zduna. Woziłem taczką cegły i materiały. Urządzili sobie ścieżkę zdrowia. Obstawili tą drogę esesmanami, bandytami. Jechało się z tym ciężarem. Trzeba było biegiem z tym jechać. Ja pamiętam był deszcz, lało, woda była i próbowałem ich ominąć. Nie tedy ty taki i owaki. Przez wodę tędy prosto przez wodę. Pod tym względem były celowo urządzone szykany. One się powtarzały. Jak ktoś na przykład uciekł to była odpowiedzialność zbiorowa. Odpowiedzialność zbiorowa polegała na tym, że z bloku, którego uciekł więzień wybierali na śmierć głodową do bunkra dziesięć do piętnastu osób. Trzy razy stałem w takim wyborze. Zaidler był zastępcą komendanta i Frycz – złośliwy gestapowiec. Wyjątkowo krzykliwy, a Zaidler to takie byczysko było. Karalność był wykorzystywana do maksimum. Pamiętam byłem w trudnej sytuacji, bo pracowałem w kisgrupie. Tam walili po głowie łopata, nie łopatą trzeba było pracować jak maszyna. W więzieniu siedział taki o lasce, około sześćdziesięciu lat, który razem ze mną jechał do Oświęcimia. Nazywał się Kowalski Władysław. Zgadaliśmy się, bo on mieszkał na tej sali, co ja. On znał mojego ojca.
Mój ojciec miał ślusarsko-kowalski zakład. On robił tzw. wolanty – bryczki ładne, pół artystyczne, arkany z kwiatami.
Mówię mu, że chyba mnie zabiją. On się mnie zapytał czy umie bić na dwa młoty. Jakaś obróbka z żelaza. Tak ja umiem, bo mój ojciec od czasu do czasu, jako ciężko pracujący prosił mnie nieraz do pomocy, do pracy. W ten sposób nauczyłem się tego. To ja jutro porozmawiam z oberkapo on mówi. Otton wysoki bandyta z zielonym winklem. Kapo i majster przyszli po mnie na żwirownię. Zaprowadzili mnie do kuźni, która była mała. Majster zagrzał jakiś ciężki metalowy sprzęt. Ten majster do mnie przy tym kapo mówi będzie robić to i to. Zdałem egzamin. Zostałem przyjęty do kowalskiej roboty. To mnie uratowało. Kuźnia była na Bauchofie to taki duży plac budownictwa.
Miejscem, gdzie uśmiercano ludzi to była tzw. ściana śmierci. Tam przywożono nawet cywili z Katowic i okolic. Na rozwałkę. Blok śmierci jest oddzielony od 10 bloku przestrzenią, gdzie jest ta ściana śmierci. Tam byli koledzy sztubowi. Ci, co robili porządki. Sztubowy to była posada. Ci ludzie przez szpary, bo okna były pozabijane idące na plac, gdzie zaczynał się ten teren bloku 11. Oni przez szpary podpatrywali nieraz jak były rozstrzelania. Mogę podać jeden przykład, którego ja osobiście nie widziałem, ale słyszałem opowiadania. Przywieziono do obozu tych cywili. Stali pod brama Arbeit macht frei. Patrzyliśmy na tych ludzi i zdawaliśmy sobie sprawę, co będzie z nimi dalej.
Był taki raportfurer. Nazywał się Palicz. To był największy bandyta. On sam chwalił się, że zabił pod tą ścianą śmierci dwadzieścia jeden tysięcy ludzi. On sam zrobił sobie karabinek taki, co bije się nim świnie. Chodził sobie z tym karabinkiem. Jak widzieliśmy, że idzie Palicz i prowadzi tych ludzi to wiedzieliśmy, że Ida na śmierć. Kazali się rozbierać tym ludziom do naga i stawiali ich pod ścianą. Niektórym zakładali opaski na oczy. Ale byli tacy jak pułkownik Dziuma, który jak go rozstrzeliwali powiedział: ja jestem oficerem. Jeżeli mam umierać to nie chcę umierać z opaską na oczach. Zabijaj mnie tak.
Tutaj jest taki szczególny przypadek. Przyprowadzili do obozu, myśmy widzieli – mężczyzna, kobieta. Jedno małe dziecko ta kobieta miała i drugie dziecko za rączkę prowadzone. Przyszedł po nich Palicz. Tą scenę obserwowali ludzie, którzy w bloku 10. Całą rodzinę wyprowadzono. Oczywiście rozebraną. Palicz kazał im chodzić dookoła. Zaczął polować. Pierwszego zabił tego mężczyznę. Mężczyzna padł. Następnie zabił to dziecko prowadzone za rączkę, a na końcu matkę a to dziecko płaczące noworodkowe rąbnął prawdopodobnie o ścianę.
Mieliśmy wstręt do kolegów, którzy uciekli w okresie odpowiedzialności zbiorowej. Popieraliśmy tych, którzy uciekli, ale uciekać w tym czasie i zostawić swoich kolegów, żeby wybierali ich i żeby śmierć ich spotkała to wielka moralna krzywda dla tych, którzy zginęli, a temu, który uciekł sławy nie przyniosła. Królował egoizm straszny. Przeważnie uciekali ci, którzy mieli zagrożenie życia. Później zniesiono zbiorową odpowiedzialność. Ja już w tym czasie nie byłem, ale koledzy mi opowiadali, że znacznie się poprawiło. Nawet pozwolili przysyłać paczki z jedzeniem rodzinom.

– A listy pan pisał do domu?
– Tak. Listy trzeba było pisać. Listy pisało się, co dwa tygodnie. W liście pisało się najwyżej, że jestem zdrów, czego i wam życzę. Jest mi tu bardzo dobrze itp. Jeśli się napisało nie tak jak trzeba to kontrola wycinała. Listy były celowe. Nie po to by dawać znak. Jak ktoś nie pisał listów to przychodzili do niego i pytali, dlaczego ty listów nie piszesz. Jednym z czynników, który usprawiedliwiał to, że ma się rodzinę po stronie bolszewickiej w związku z tym nie może mieć kontaktu. Listy dawały im adres, że ma się rodzinę. Był taki wypadek. Kolega prawnik z Krakowa. Miał bardzo dobre komando w obsłudze SS. Mógł śmiało przeżyć, ale uciekł. Udało mu się. Za kilka dni koledzy spotkali pod bramą matkę jego i siostrę. Zabierali rodzinę jak się uciekło. To była odpowiedz. Jeśli się uciekło i wiedziało się, że ma się rodzinę to rodzina szła do obozu koncentracyjnego.

– Był pan w szpitalu obozowym?
– Byłem w szpitalu na dwudziestym bloku. To nie jest sprawdzone, ale wydawało się, że miałem objawy tyfusowe. Byłem tam bardzo krótko. W kartotekach nie figuruje. Od szpitala się uciekało. Szpital był siedliskiem najczęściej takich ludzi, którzy byli na wykończeniu. Potem brali takich ludzi do gazu. Selekcjonowali. Każdy bał się szpitala. Normalnie bał się. Bolał mnie ząb. Tam był doktor stomatolog Kuczbara. Był kierownikiem ambulatorium. Oni nie leczyli zębów tylko usuwali. Kiedy siedziałem tam na fotelu wlazł esesman. Wziął kleszcze i wyrwał mi zęba. Co ja mogłem zrobić. Bić się nie mogłem. Za dotkniecie esesmana groziła kara śmierci.

– Robili eksperymenty medyczne?
– Ja nie byłem, ale podobno tak. Na mnie nie praktykowali. Najczęściej praktykę wykonywali w Dachau w obozie koncentracyjnym. Tam najwięcej. W Zaksenhausen tez robili doświadczenia. Też słyszałem. Tutaj robili doświadczenia na kobietach. Na Żydówkach.

– Miła pan kontakt z ruchem oporu?
– Nie tyle, że nie chciałem tylko nie miałem ludzi, którym bym sam zdecydował się do przyznania się do takiej roboty. Tam panował cholerny głód. Ludzie są tylko ludźmi i są zwierzętami. Nie dbają o to, co i jak. Wykorzystywano tych ludzi i ludzie sami się wykorzystywali, że za miskę zupy pisali raporty na ludzi. Były takie skrzynki założone, gdzie kapusie, żeby się nie zdradzać składali zawiadomienia do politischeaptailung. Ci ludzie potem wpadali w ich ręce i ginęli. Sprawy kapusiowi były wynikiem tzw. zespołów mierniczych. Oni pracowali razem i słyszałem, ze mieli wtyczkę wśród nich i ich potem powiesili.

– Czy był taki ruch oporu, który pisał raporty, co się dzieje w obozie i na zewnątrz wysyłał, albo lekarstwa zdobywał?
– Najczęściej kontakt z ludnością cywilną mieli ci ludzie, którzy pracowali poza obozem. Oni spotykali się z cywilami. Cywile też się bali, bo byli tak samo narażeni jak każdy więzień. Człowiek w obozie był gorzej traktowany niż pies. Człowiek był nie tyle zwierzęciem tylko taką osobą, która jest potrzebna okresowo do budowy trzeciej Rzeszy.

Oda do śmierci (czyta)

O tragiczny losie naszej ludzkości
Co piękno ciała ludzkiego zamieniasz w bezkształtną masę i zniszczone kości.
Widzisz, tam w zachodniej dalej twoje godło króluje
Trupia główka na germańskiej czapce
Swastyka horyzont globu zacienia
Czy wiesz, co to znaczy?
To ujarzmiona przez Hitlera ludów mogiła nazywa się Europa
Planeta zaś ziemia.

On chodził (Kolbe) po tercelaku. To był taki plac, gdzie palacze sprzedawali swój chleb, albo kupowali chleb za trzy papierosy. Oddawał pajdkę chleba. Jedyna rzecz, która go ratowała w życiu. To było 250 gramów. Taka gliniasta mazia. Najczęściej ci właśnie ludzie, którzy ten chleb sprzedawali ginęli, bo dochodziło do tego, że on stawał się muzułmaninem tzn. takim człowiekiem, który ma tylko skórę i kości. My nazywaliśmy ich muzułmanie.

Wiersz Numerowani podludzie (czyta)

Ojczyzna dziś wzywa ciebie do boju rodaku
Ciało ich pod butami hitlerowskimi stęka
Więc spiesz się i ratuj szalony Polaku
Wolności, co serce jej pęka
A kiedy skują cię brutalnie zbrodniarze
Gestapo chwyci w zbrodnicze swe ręce
Czeka cię droga w zaświaty a może łaska
Śmierć wtedy ukoisz w lagrowej udręce
Auschwitz Birkenau otworzy ci wrota
Arbeit macht frei przeczytasz na bramie
I tu nim skonasz twe soki żywota
Wycisną z ciebie obozowe kanalie.
Nazwisko, imię stracisz w obozowym bycie
W pasiak cię ubiorą i staniesz się zerem
Włączą cię w motor (?) życia
Utracisz, co ludzie
Staniesz się numerem
Ozdobi cię winkiel czerwony na piersi
Z dużą P literą po środku wyryty
A pod nim szmata do pasiaka przyszyta
I numer nazwisko jak gwoździem przybity
To znamię nie boli waszego istnienia
Numerowani, numerami oznaczeni zezwierzęcieli podludzie
Otoczeni drutami elektrycznymi dookoła
Żyć tu musicie jak psy a nie ludzie
Deszcz, śnieg, mróz, słońce, wichura, aura
Esesman, kapo, zbrodniarze biją aż krew broczy
I tak codziennie wędrują z pracy do pracy cienie
A pan Bóg w niebiosach przymyka swe oczy.

Pomnik ludzkiego cierpienia

KL Auschwitz to symbol ludzkiego na świcie cierpienia
I taki pozostanie na zawsze (koniec kasety)
Hołd składają tobie największy cmentarzu ludzkości
Największy grobu globie.

Czytam, bo te wiersze są niewydane

Jak ramiona szkieletów do góry zadarte
Biją w niebo KL Auschwitz Birkenau kominy dziś martwe.
Snem otula je mgła wilgocią Soły stężona odżyła na nowo umarła
Ale targiem czasu porażona.
Myśl błądzi, powraca
Pamięcią przeszłości stworzona
Wielkopomna maluje się zmora
Dymem z popiołów zrodzona
We mgle pamięci ponurej przyszłości
Z oparów wyłaniają się syte kominy
Krwiożerczy dym raźno z nich bucha
Sypią się w hałdy popiół pomordowanych
Z wnętrza krematoryjnego cybucha
Więc na rusztach stale w bezładnym szyku
Smażą się ciała palone bez liku.
Mdły swąd, mglisty dym w oczy kąsa
A szkielet szkieletem sąsiada potrąca
A z nieba na Birkenau Auschwitz
Gdzie zgroza i trwoga
łagodnie spogląda przymknięte oko Boga.
Wygasły ruszta.
Sterczą głodne kominy
Wiatr rozrzucając liście
Cmentarną mąci ciszę
Dziś pielgrzym w ścianę śmieci wpatrzony
Gorliwie się modli i płacze.
Ja w miejscu tym dźwięk gongu stale słyszę
A patrząc na śmierci fabrykę
Zatarte czasem w pamięci
Zgrozy i hańby wspomnienia we śnie na nowo kołysze.

Królowo Polski z blizną na twarzy

O Czarna Madonno, ucieczko krzywdzonych
Co na Jasnej Górze od lat setek królujesz.
Serce swe w podziękę oddałem tobie w dani
O Czarna Madonno, częstochowska Pani
Cały świat w modlitwie składa Ci pokłony
Glorią opromienią łaską Twej ochrony
Tu miliony pielgrzymów pragnie ujrzeć Ciebie
Choć wszyscy dobrze wiedzą żeś królową w niebie
Ale nic ich nie zraża, ni trud, ni przeszkody
W swych pielgrzymkach forsują i góry i wody
Bo każde Twe dziecko miłością dziś Cię darzy
O piękna Madonno z blizną na twarzy
O Czarna Madonno, matko mego Boga
Słowa Twej dobroci wiecznym blaskiem świeci
Widok Twego oblicza to radość, nie trwoga
Otocz swoja opieka wszystkie Twoje dzieci
Obdarz ich swymi łaskami
Otul ramionami
Niech Twa miłość Matko stale nas dosięga
I w każdej życia godzinie bądź Ty zawsze z nami
Niech światem dobroci płonie Twoja ręka
Bo taka opieka Twym dzieciom się marzy
O Święta Madonno ze szramą na twarzy
Kwiatów słów modlitwy składam Ci w podzięce
Padam na kolana, całuje opiekuńcze Twoje ręce
Za pomoc i ratunek, którymi ludzi darzysz
O Czarna Królowo Polski z blizną na twarzy
Czułem Cię stale przy sobie o ma Święta Pani
Tam wszędzie wróg okrutne krwawe zadawał ciosy
W gestapo, w celi więziennej Auschwitz, w partyzantce i bitwie
Boś Ty moją mocą matczynej pomocy
Śmierci mej zmieniała losy
Mimo mąk, tortur, szykan stale stałem przy Twojej wierze
Jak rozmawiałem z Tobą cicho szeptałem pacierze
A tarcza Twej opieki stale wisiała nad moją głową
O Matko cierpiących Ty Czarna Królowo
Także dziś Twoja łaska matczyna
Łuną wisi nad naszymi głowami
Bo my wierne Twe dzieci bardzo Cię kochamy
I wiecznie żyć będziesz w naszych sercach Czarna Pani
Wybacz nam nasze winy, opiekuj się nad nami.

Modlitwa Heftlinga (jako więzień napisałem)

O Boże wszechświata
O ratunek zwracamy się do Ciebie
Otocz Swą boską opieką
Tych, co za drutami w potrzebie.
My Twoi wierni poddani
(?) zamknięci
w pasiaki obozowe odziani
Bici, katowani, tu mordowani
Błagalną modlitwę Heftlinga ślemy przed Twoje trony
Miej litość nad katorżnikami
Boże nasz uwielbiony
O Panie wszechmogący
Który ze swych niebios włości
Decydujesz o całym świecie
I jego na nim ludzkości
O Twą boską łaskę zwracamy się do Ciebie
Daj zamordowanym w obozie miejsce upragnione w niebie
A nam ponumerowanym podludziom (?)
Daj siły do przetrwania, a nie komin przeklęty
I rzuć czasami Swym okiem na Twej ziemi pokrycie
Osądź zbrodniarzy sprawiedliwie
Nam przywróć wolność i życie

Haftlingu Maksymilianie Kolbe – numer 4410 przywołuję Ciebie

Achtung! Mutzen ab! Zum arbeit wegtreten…
To słowa wspólnej niedoli, w pamięci naszej wyryte.
O Święty Maksymilianie Kolbe,
Więźniu obozu zagłady Auschwitz – Oświęcim
Dziś w rocznice Twej śmierci i wiekopomnej chwały
Numer 4410 przywołuję Ciebie…
Ja stale na tej niespokojnej ziemi.
A Ty od lat ponad czterdziestu jesteś już w niebie.

W tragicznej dla kraju naszego, okupacyjnej nocy,
Za burzyciela świata hitlerowskiego uznany.
Jako niebezpieczny Polak, klecha, inteligent, przez Gestapo aresztowany
I na zagładę do obozu koncentracyjnego zesłany zostałeś.
Tu jak każdy z nas więźniów już skoncentrowanych,
W pasiak obozowy z winklem czerwonym i „P” literą przebrany,
Pod numerem 16670 w Oddziale Politycznym zakodowany,
Dzieliłeś z nami ten nieludzki skazańców los…
Patrzyłeś na nas, swym opiekuńczym wzrokiem, milczący-
Na barbarzyństwo, ludobójstwo, nicość ludzkiego istnienia,
Na rozpacz, głód i naszą poniewierkę.
Na mękę Twych rodaków i nieludzkie cierpienia.
Zobaczyłeś tam świat, oczami Dantego stworzony,
Na hitlerowsko-germański obraz przerobiony,
Gdzie nazistowska zgraja przestępców niemała.
Utopijnymi frazesami ideologicznymi upojona,
Z ludzkich humanitarnych uczuć wyzuta,
Szyldami „nadludzi” i „narodu panów” ukwiecona,
Tysiącletnie Germańskie Imperium siłami niewolników buduje,
Sprawując rządy nad podbitym światem – krwią ludzka i batem.

O kolego haftling – Maksymilianie Kolbe
Dobrze pamiętasz, że śmierć nie była nam obca.
W tym tragicznym boju o każdego z nas życie,
Gasnące często, jak iskra w swym rozkwicie,
Zapachu mroku płomieniem żaru się tląca,
By znów zabłysnąć i dodać blasku swym urokiem tak,
Jak w życiu mroku – radość cieniem błyska i gaśnie…
Tak Ty w obozowym naszym życiu pojawiłeś się właśnie.
W tych latach grozy, tortur, łez i nieludzkiej męki
Pełnej w sadyzmie krwi rozlanej niewinnie.
Śmierci – duchowych cierpień, cielesnej udręki.

My obozowi koledzy, stale myślimy o Tobie,
Pamiętamy coś czynił dla nas gnębionych,
Z praw ludzkich w bestialski sposób obdartych,
Bitych, katowanych, chorych i zawszonych.
Z imion i nazwisk własnych wyzutych,
Godności ludzkiej pozbawionych i na numery zamienionych.

Ty byłeś zawsze opiekunem i podporą,
Słabych duchowo i fizycznie wyniszczonych kolegów.
Tym chętnie służyłeś pomocą swą i radą.
Dodawałeś im odwagi, otuchy i siły –
Wielu z nich Twą intencje zrozumiało,
Tobie zawdzięczają, że moralnie się podbudowali, fizycznie się sprężyli
Bitwę wygrali, zmorę piekła przeżyli…

Haftlingu – Maksymilianie Kolbe – Kolego!
My więźniowie nigdy nie zapomnimy Tobie
Twojego czynu heroicznego, ziemskiego, ostatniego…
Tym dałeś przykład – wielkiego ludzkiego poświęcenia.
Kiedy wyrok okrutny wydany przez „kata”,
Raził jak piorun, więźnia Gajowniczka – kolegę
Z tego okrutnego obozu zagłady, ojca i brata –
Usłyszałeś jego rozpacz tragiczną, szloch duszy,
Zrozumiałeś skargę i modlitwę – zmianę losu przeznaczenia…
Ty, dumnie krocząc z odkryta głową i podniesionym czołem,
Z uśmiechem na ustach i serce wesołym,
Stanąłeś oko w oko przed trybunałem śmierci…
Spokojnym głosem, prosisz oprawcę z trupimi znakami,
O zamianę miejsca z więźniem wyselekcjonowanym,
Tym samym na śmierć skazanym Gajowniczkiem.

W tym bezprzykładnym czynie, wymiany życia i śmierci,
Zrozumiałeś jego głęboki ból i dzieci serc cierpienia,
Ofiarowałeś życie własne, bez żalu cienia.
Ofiarowałeś siebie w intencji jego i naszego piekła przeżycia,
W intencji boskiego dla świata zbawienia…

Haftlingu! Maksymilianie! Dobrze pamiętam Twoje wystąpienie,
Bohaterstwo, odwagę, spokój i bezprzykładne męstwo.
Na twarzach katów podziw i zdziwienie, szacunek, zadumę i milczenie
Tak, Ty w bunkrze straciłeś życie –
Odniosłeś nad wrogiem moralne zwycięstwo.
Oddając własne życie dla ratowania „innego”,
Pokazałeś światu, co znaczy wiara katolicka i miłość bliźniego.
Ofiarując własne życie za człowieka – brata,
Stałeś się symbolem pojednania i moralności chrześcijańskiego świata.

I nadszedł czas czynu Twojego uznania,
Przez brata, Jana Pawła II, papieża Polaka
W stolicy apostolskiej Rzymie, zostałeś kanonizowany
I na patrona naszych trudnych czasów powołany…
Dziś, jako święty i patron, patrzysz na nas z nieba,
Na stałe konflikty między narodami i ludzki trud życia,
Na prześladowanych, gnębionych, więzionych i krzywdzonych,
Na stałą nienawiść ludzkiego plemienia…
Ale idea krwi twej przelanej musi zwyciężyć.
Ona, jak kropla wody drążąca kamień,
Do serc ludzkich stale przenika.
I przyjdzie czas, kiedy stanie się powszechna i żywa,
Oparta na boskiej miłości bliźniego, bo jest prawdziwa!

My więźniowie, byłych nieludzkich obozów koncentracyjnych,
Zmorą lat tamtych przeżyć napiętnowani,
Dziś do Ciebie Święty Kolego – modły swe ślemy.
O szczęście, radość i spokój na ziemi, stale Cię prosimy.
Zdejm z narodu Twego ciężar winy i pokuty…
Roztocz swe niebiańskie, opiekuńcze ramiona,
Nad prześladowanymi niewinnie i niedole narodów świata,
Niech zapanuje na ziemi sprawiedliwość, miłość i spokój,
Niech człowiek człowiekowi nie wilkiem
Lecz bratem będzie dla brata.

O Święty Haftlingu Kolego, my byli więźniowie stale Cię błagamy
O Święty Maksymilianie Kolbe, módl się za nami…

– Jak długo był pan w Auschwitz?
– Dwadzieścia miesięcy.

– Jak wyglądały święta w obozie?
– Wyglądały bardzo przygnębiająco. Dlatego, że mimo wszystko człowiek bardzo tęsknił za światem i rodziną.

Byłem na pierwszym zjeździe byłych więźniów politycznych w Auschwitz. Nie pamiętam, kiedy to było. Czterdziesty któryś rok. Spaliśmy na bloku 24. Zrobili nam hotel na tym bloku.

Pracę w szpitalu zacząłem w 1951 roku. W takim małym szpitalu na Żoliborzu. Na rogu Felińskiego i Alei Wojska Polskiego. Tam był pierwszy szpital. Mały. Zwykły dom adaptowany na szpitale. Tam zacząłem pracę w swoim zawodzie. Po tym jak zwolnili mnie z wojska. Byłem bardzo szczęśliwy. Ukląkłem i podziękowałem Bogu. Wyrzuciłem wszystkie ubrania wojskowe. Tylko buty zostawiłem.
To był dla mnie tragiczny czas. Powołali mnie do Koszalina. W Koszalinie prowadziłem gabinet stomatologiczny w szkole artylerii przeciwlotniczej. To była szkoła podchorążych artylerii przeciwlotniczej. Nie napracowałem się tam. Dlatego, że narzędzia były zepsute. Maszyna nie funkcjonowała. Poszedłem do kwatermistrza i powiedziałem, że nie mam, czym robić. To jeźdźcie do Szczecina. Nich wam zreperują i przywieziecie.
Byliśmy kiedyś w Rzeżynie (?) takie miasto, gdzie był zjazd wszystkich oddziałów artylerii przeciwlotniczej z całej Polski. Tam były ćwiczenia. Było nas czterech czy pięciu lekarzy. To było jakieś miejsce po oddziale SS. Musiał tam stacjonować jakiś lepszy oddział SS. Przydzielili nam cały ten budynek. Miałem kaprala, który pomagał w moim gabinecie. Jak się potem okazało mieliśmy tam kilku ludzi, którzy świetnie grali w szachy. Co tam można było robić jak gabinet otwarty był popołudniu, bo rano wszyscy mieli ćwiczenia. Graliśmy w szachy cały czas. Doszedłem do perfekcji (śmiech).

– Jak pan wyszedł z obozu?
– W czasie, kiedy byłem jeszcze w więzieniu to przywozili na badania. Nas wieźli na takie badanie i gdzieś za Częstochową, chociaż nie pamiętam były dwa pociągi. Jeden jechał z Warszawy a drugi do Warszawy. Ja jechałem tym do Warszawy konwojowany. Ten pociąg, co szedł do warszawy partyzanci wysadzili prawdopodobnie, bo lokomotywa wysiadła z torów. Pociąg się zatrzymał. W pociągu tym jechało bardzo dużo ludzi. Był straszny tłok. Wieźli nas pociągiem pulmanowskim. Trzech nas konwojowali. Byliśmy w jednym przedziale. W Częstochowie się zatrzymaliśmy i oni się zatrzymali w takiej restauracji, żeby cos zjeść. Właścicielka tej restauracji zobaczyła nas. Myśmy byli w cywilnym ubraniu. Dowiedzieli się, że jesteśmy więźniami z obozu oświęcimskiego i ona próbowała się jakoś dowiedzieć o obozach. Jej syn siedział w Mauthausen. Ona podeszła do nas. Myśmy siedzieli przy innym stole. Ta pani dała nam coś do jedzenia. Ja byłem wygłodzony. Jak zjadłem to masło to mnie żołądek odmówił posłuszeństwa i w drodze o mało, co nie narobiłem w spodnie. Mówię do jednego, że musze iść do ubikacji. Zaprowadził mnie. Pełno ludzi siedzi. On mnie pilnował i w tym czasie, kiedy pociąg się wykoleił powstał tumult i ludzie się pozbijali. Drzwi się wagonu otworzyły, a mnie wyrzuciło na powietrze, bo stałem blisko drzwi. Ja wykorzystałem to. Schowałem się. Już nie pamiętam gdzie. W ten sposób zostałem uwolniony.
Później znaleźli mnie partyzanci. Zaprowadzili mnie do takiej chałupy w lesie, gdzie mieszkało dwoje starych ludzi. Ten straszy pan był pracownikiem leśnym. Zapytałem go gdzie jest dworzec, bo chciałem jechać pod Warszawę. Oni też się bardzo narażali, bo tam były obławy esesmanów na partyzantów. Więc zależało im, żeby się mnie pozbyć. Pokazała mi jak mam iść. Była nieduża stacja. Stał na niej pociąg towarowy. To była stacja wymienna. Przyjeżdżał pociąg z żołnierzami niemieckimi i oni zatrzymali ten towarowy transport. Puścili tych żołnierzy i ten pociąg tam stał. Schowany byłem w krzakach i zobaczyłem, co się dzieje w parowozowni. Tam było dwóch ludzi. Kierownik i pomagier. Ten, co wrzucał węgiel. Nie miałem innego wyjścia zacząłem się wdrapywać na ten parowóz. Jak zobaczył mnie ten pomagier to zaczął mnie popędzać. Zobaczył mnie kierownik. Przyszedł. Obejrzał mnie. Mówię: panowie pomóżcie mi, bo taka i taka sytuacja i ja bym prosił o pomoc o ile to możliwe. Proszę. Daj panu mundur stary kolejarski. Przebrali mnie. Położyli w węglarce na ziemi. Przykryli. Dali mi cos jeść. Pyta mnie, gdzie chce jechać. Chciałbym dostać się do Milanówka lub Warszawy. Ma pan szczęście, bo jedziemy do Pruszkowa. Jak odzyskałem siły powiedziałem im, że mam siostrę w Milanówku, bo w domu to nie mogę się pokazać dla bezpieczeństwa. Jak przejeżdżaliśmy przez Milanówek to mnie obudzili. Niech się pan przygotuje. My stanąć nie możemy, ale przyhamuje i pan może sobie skoczyć. On przyhamował i ja wyskoczyłem na tej stacji w Milanówki. Moja siostra była urzędniczką na poczcie.

Filmy

Najnowsze