Auschwitz-Memento
  • A
  • A+
  • A
Auschwitz-Memento

Kazimierz Garbacz

Biografia
Kazimierz Garbacz

urodził się 24 lipca 1932 roku we wsi Waksmund nad Dunajcem koło Nowego Targu, rodzinnej wsi partyzanckiego dowódcy Józefa Kurasia „Ognia”. Syn Franciszka i Anny pochodzącej ze wsi Ostrowsko. Rodzina posiadała niewielkie gospodarstwo. Ojciec pracował w tartakach w Waksmundzie i Nowym Targu, a mama sprzedawała grzyby i borówki oraz pomagała sąsiadom. W 1939 roku Franciszek Garbacz walczył w 1. Pułku Strzelców Podhalańskich, uciekł z niewoli w Tarnopolu, wrócił w rodzinne strony, gdzie uczestniczył w ruchu oporu przeciwko niemieckiemu okupantowi. Kazimierz jako dziecko był naocznym świadkiem wielu dramatycznych zdarzeń, jakich okupacja nie oszczędziła Waksmundzianom – krwawych pacyfikacji wsi 4 lipca i 29 września 1943 roku. W tymże roku gestapo aresztowało rodziców Kazimierza; osadzono ich w obozie koncentracyjnym w Płaszowie, a potem w Gliwicach. Kazimierz wraz z czteroletnim bratem Staszkiem zamieszkał u wujka w Ostrowsku, a młodszy Józek aż w Porębie Wielkiej koło Rabki.
Po wojnie rozpoczął naukę w nowotarskim gimnazjum, gdzie zetknął się z niepodległościowym podziemiem antykomunistycznym. Roznosił i podrzucał ulotki, informował partyzantów ROAK „Wiarusy” o ruchach sowieckiego wojska, aktywistach partyjnych, wykonywał zadania wywiadowcze. Już po śmierci „Ognia” wraz z kolegami otrzymali zadanie rozbicia od środka Związku Młodzieży Polskiej. 8 stycznia 1949 roku jako 16-latek został skazany na 5 lat więzienia. W więzieniach Krakowa, Wronek, Rawicza, Jaworzna był traktowany jak dorosły więzień, bez taryfy ulgowej /13 miesięcy przesiedział w pojedynczych celach/. W więziennych raportach pisano: „Przebywający w tutejszym więzieniu Garbacz Kazimierz zachowuje się nieodpowiednio – rozsiewa fałszywe informacje na temat Związku Radzieckiego. Ze względu na takie zachowanie się, ta jednostka nie zasługuje na żadne ulgi”.
Po wyjściu z więzienia przez wiele lat inwigilowany był przez komunistyczne służby bezpieczeństwa. O jego zachowaniu i kontaktach regularnie składali meldunki donosiciele. Osiedlił się w Łącku, gdzie pracował jako agronom. Był współzałożycielem szkoły rolniczej, organizatorem ZMW „Wici” w powiecie nowotarskim, organizował wycieczki i rajdy dla harcerzy. Na początku lat 90-tych jakoprezes Związku Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego w Waksmundzie pomagał ludziom w przywróceniu ich godności przez unieważnienie krzywdzących komunistycznych wyroków sądowych. Po przejściu na emeryturę zajął się pracą dokumentalisty, upamiętniającego działalność niepodległościowego podziemia antykomunistycznego na Podhalu i Sądecczyźnie. Zbiera relacje, dokumenty, które posłużyły do napisania książki o „Ogniu” i jego żołnierzach.
„Mnie z mojego życiorysu komuniści ukradli młodość, ale inni nie doczekali wolnej Polski, za którą walczyli. To Im i jeszcze nielicznym żyjącym poświęcam wypowiedzi prawdziwych bohaterów tamtych tragicznych lat. Należy Im się to, bo przez ponad pół wieku komunistyczna propaganda opluwała ich jadem nienawiści i kłamstw, zamykała im usta więzieniem i innymi represjami” – napisał we wstępie do swojej książki.

Relacja

Był upalny dzień. Wracałem przed południem z krową z pastwiska. Dochodzę do domu i widzę zapłakaną i biegnącą szybko w stronę pól matkę.
– Mamo, dlaczego płaczesz? – pytam.
– Tata idzie na wojnę.
Uwiązałem krowę w stajni i zobaczyłem ojca. Wrócił od sąsiada, gdzie kosił żyto. Powiesił kosę na kołku, przebrał się, umył i ruszył w kierunku Nowego Targu na stacje kolejową. Był żołnierzem 1 Pułku Strzelców Podhalańskich.
Matka upiekła chleb w wielkiej brytfannie. Zapakowała go do plecaka i założyła na moje plecy. Pod pachę włożyła mi kawał słoniny a w rękę powróz, do którego uwiązana była krowa. Kazano nam uciekać. Razem z innymi sąsiadami szedłem w góry. Był niesamowity upał. Zatrzymaliśmy się na polanie sąsiada. Matka doszła później, a dziadek, ojciec mojego ojca został pilnować gospodarstwa. Po kilku dniach przyszedł za nami w góry i mówi: – Widziałem Niemców. Poczęstowali mnie papierosem. Pytali się o ludzi. Mówili, żeby zejść z gór, bo tu się nic nie dzieje i nic nam nie grozi.

x

Okupacja. Był surowy zakaz uboju zwierząt gospodarskich. Groziła za to kara śmierci. Ale jeśli wcześniej gospodarz oddał sztukę po cenach obowiązujących w Generalnym Gubernatorstwie, to na podstawie konkretnego zaświadczenia mógł uchować i zabić zwierzę. W Waksmundzie mieszkało pewne małżeństwo – Mikołowscy. Wysiedleńcy z poznańskiego. Coś jednak między nimi było nie tak, bo pani Mikołowska doniosła na męża do gestapo. W konsekwencji przyjechało gestapo i zastrzeliło jego i ją. Ją za to, że nie zgłosiła sprawy wcześniej. W 1944 roku koło szkoły Niemcy zastrzelili dwóch mieszkańców Waksmundu. Jednego za posiadanie karabinu, a drugiego za to, że o tym wiedział i nie zgłosił tego.

x

Ojciec był przedwojennym kapralem. W 1939 roku, kiedy uciekli z niewoli w Tarnopolu, zatrzymali się w Starym Sączu u profesora gimnazjum – Śmiałka, który znał doskonale język niemiecki. Tam też z końcem września czy początkiem października składali przysięgę. Uczestniczył w tym zdarzeniu również porucznik Drużbacki z Nowego Targu. O tym wszystkim dowiedziałem się dopiero po latach. W 1943 roku gestapo zabrało rodziców do obozu. Początkowo byli w Płaszowie, a później wywieźli ich do kopalni w Gliwicach. Oboje przeżyli z tym, że matka uciekła z kopalni wcześniej. Nie było już żadnego nadzoru. Z magazynów można było brać, co kto chciał. Pamiętam, że matka wróciła w trzech czy czterech parach spodni.
Kiedy rodzice trafili do obozu zamieszkałem w Ostrowsku u wujka – brata mamy, który miał dziewięcioro dzieci. Jedliśmy sapkę. To podhalańska potrawa. Na wrzącą wodę rzucało się mąkę. Szybko obracało się rogalkami, żeby nie zrobiła się kluska. Miała powstać gęsta papka, którą jedliśmy z glinianej misy. W domu bardzo lubiłem tą potrawę, bo dodatkiem do papki była omasta ze skwarkami. Wujek czasem dorzucił trochę bryndzy.
W Wigilię 1944 roku zatęskniłem za młodszym bratem Józkiem, który przebywał u wujka w Porębie Wielkiej koło Rabki. Gdy wujostwo poszli do kościoła, wybrałem „za góry”, do młodszego brata. Ktoś podwiózł mnie do Nowego Targu, a od Kowańca w rejon Starych Wierchów przeszedłem piechotą. Tam spotkałem partyzantów w kożuchach, z karabinami. Gdy powiedziałem, że mama z tatą są w obozie, a ja idę do brata, jeden partyzant na koniu, w góralskich portkach, wziął mnie do pobliskiego szałasu, w którym było pełno ludzi, zastawiony stół z jedzeniem i piciem, pełno dymu pod sufitem. Nakarmili mnie, poczęstowali herbatą i przykazali, żebym trzymał język za zębami. Pokazali gdzie iść do wujka Antka. Gdy dotarłem do domu wujka, położyłem się spać w piecu chlebowym. W nocy obudził mnie gwar i ruch: wujek częstował Ruskich samogonem. Dom stał na partyzanckim szlaku, wujek miewał różnych gości, w czapkach z orzełkiem i czerwoną gwiazdą.

x

1944 rok. Zima. Niemcy budowali okopy między Łopuszną a Ostrowskiem. Z każdego domu byli wyznaczeni ludzie do pracy. Miałem dwanaście lat, kiedy poszedłem budować okopy. Nadzorca stawiał pieczątkę na specjalnej karcie, potwierdzając obecność z danego domu. Była tam matka z córką. Obmyśliły sobie, że będę podawał jej kartkę do ostemplowania, a one za to będą mi dawać dobrą wałówkę na cały dzień. Byłem bardzo zadowolony. Podbijałem swoją kartę, a następnie biegałem z drugiej strony i podbijałem jej. Dostawałem porządne wałówki z szynką lub jakąś inną wędliną.
Nawet nie zauważyłem,, kiedy Niemcy zniknęli. W okopy, które chodziłem budować w Łopusznej, nie padł ani jeden strzał. Dlaczego? Nieboszczyk Kościelniak opowiadał, że dzięki „Ogniowi” Nowy Targ został uratowany. Niemcy wybudowali umocnienia od strony Szczawnicy przed wejściem do Nowego Targu. Pamiętam, że jeszcze długo po wojnie stały tam dwie duże kolumny betonowe. Od spodu były zrobione specjalnie dziury na podłożenie ładunków, żeby wysadzone i zwalone na drogę uniemożliwiły przejazd czołgom. Tymczasem „Ogień” dał sowieckim oddziałom swoich przewodników, którzy przeprowadzili Rosjan nie od wschodu jak spodziewali się Niemcy, tylko od północy przez góry. Nowy Targ w ten sposób został zdobyty bez jednego strzału. Niemcy szybko uciekli.

x

Kiedy ojciec wrócił w styczniu z kopalni w Gliwicach, zgodnie z polityką i poleceniem, poszedł do milicji. Ruch ludowy postanowił przejmować władzę na terenach zajętych przez Rosjan, aby nie zrobili tego komuniści lub inny podejrzany element. Wyznaczono mu posterunek w Łopusznej. Byłem bardzo dumny, że na ścianie w domu wisiał karabin. Trwało to jednak krótko. Ojciec podobnie jak wielu innych dostał wezwanie na ówczesną kontrolę milicji w Nowym Targu.
– Gdzie jest polski rząd i kto jest prezydentem? – zapytał ktoś ojca.
– Polski rząd jest w Londynie, a prezydentem jest Raczkiewicz.
– Dziękujemy panu. Niech pan odda broń.
Tak się skończyła służba ojca w ówczesnej milicji. Ku mojemu żalowi, bo ojciec już nie miał karabinu.
Mnie posłał ojciec do do gimnazjum w Nowym Targu. W Waksmundzie uczył świętej pamięci profesor Pawelczak. Pochodził ze Lwowa. W wyniku regulacji przyjacielskich granic z ówczesnym Związkiem Radzieckim a Niemcami uzgodniono, że ludzie sami mogą zdecydować, po której stronie chcą być. Profesor Pawelczak nie chciał mieć do czynienia z Sowietami, więc wybrał stronę niemiecką. W ten sposób trafił do Waksmundu, gdzie został kierownikiem szkoły. Uczyłem się dobrze i profesor mnie lubił.
– Poślij Kazka od razu do gimnazjum, bo w podstawówce i tak się niczego nie nauczy – radził ojcu.
W ten sposób nie skończyłem piątej klasy w podstawówce, tylko trafiłem do gimnazjum w Nowym Targu. W tamtym czasie w gmachu gimnazjum był szpital niemiecki. Dopóki nie mogło być czynne uczyliśmy się w prywatnych domach.

x

„Ogniowcy” – widząc, jakie porządki chcą zaprowadzać komuniści razem z Sowietami – postanowili walczyć o wolną, demokratyczną Polskę bez komunistów i Sowietów. Miałem kontakty z leśnymi. Najpierw roznosiłem ulotki. Potem wykonywałem zadania wywiadowcze. To były końcowe dni „Ognia”. Później współpracowałem z oddziałem Wiarusy pod dowództwem Stanisława Ludzi, pseudonim „Harnaś” albo „Ryś”. Poznałem go i byem z tego dumny. Jakiekolwiek zlecenie ze strony „leśnych” uważane było za rodzaj nobilitacji, wyróżnienia. Wykonywaliśmy polecenia z chęcią, bo powszechnie nie lubiano i nie akceptowano nowej władzy. Mówiło się o tym w domu i między sąsiadami. W gimnazjum profesorowie się raczej na ten temat nie wypowiadali, a jeśli już, to tak jak śp. profesor Motowski od historii. Nie mówił nic, tylko zarzucał sobie płaszcz na plecy i uśmiechał się.
Chętnie robiłem to, co mi zlecono. Podobnie jak mój kolega śp. Staszek Kolasa, starszy ode mnie o dwa lata. On był bardziej gorliwy, bo malował antykomunistyczne hasła na płotach czy ścianach. A potem? No właśnie. Potem doszliśmy w dwójkę do porozumienia. Gdzieś wyczytaliśmy, że aby wroga zniszczyć, trzeba go poznać. Jak go poznać? Trzeba się do nich zapisać. Zapisałem się do Związku Walki Młodych. Siedzibę mieli naprzeciwko dzisiejszego urzędu pocztowego w Nowym Targu koło Rynku na piętrze. Wykonywałem swoją pracę solidnie.
Przychodzi zjazd połączeniowy organizacji młodzieżowej, bo jak wiadomo komuniści lubili łączyć i jednoczyć tzn. jedne likwidować a tworzyć nowe, a przy okazji likwidować niewygodnych ludzi. Zaproponowano mi, abym pojechał na zjazd do Wrocławia, ale nie miałem góralskiego ubrania. Nie miałem w ogóle porządnego ubrania, nie mówiąc już o góralskim. W ten sposób się wymigałem, ale co miałem wiedzieć, to wiedziałem.
Pewnej nocy razem ze Staszkiem Kolasą wcześniej przygotowanym wytrychem otworzyliśmy wejście do lokalu. Zabraliśmy całą dokumentację Związku Walki Młodych (później utworzono ZMP – Związek Młodzieży Polskiej), wszystkie listy, adresy osób należących do organizacji w całym powiecie nowotarskim. Najwięcej było z Rabki i Szczawnicy. Trochę Zakopanego. Wysłaliśmy listy do rodziców tych dzieci. Pisaliśmy: wiadomo nam, że pani syn czy córka należy do takiej i takiej organizacji, która jest wrogiem wszelkiej religii, praw i moralności. Ten cytat zaczerpnęliśmy z manifestu komunistycznego. Oczywiście było to zdanie wyrwane z kontekstu. W piśmie żądaliśmy wypisania się z organizacji w podanym terminie, a jeśli nasze wezwanie nie poskutkuje, to będziemy musieli sięgnąć po bardziej skuteczne środki. Do dzisiaj nie wiem, jakie miałyby to być środki, ale tak napisaliśmy. Na podstawie dokumentów z IPN-u wnioskuję, że w jakimś stopniu to poskutkowało. Trafiłem w dokumentacji na zdanie: Towarzysze się wypisują.
Jak doszło do wpadki? Z materiałów z IPN-u wiem, że ktoś, kogo nazwiska nie odtajniono, donosił na UB, że Kazimierz Garbacz roznosi ulotki i wypisuje hasła po ścianach. Ktoś być może mnie obserwował. Wracając raz z gimnazjum skręciłem koło poczty w kierunku na Waksmund. Wyskoczyło dwóch z zarządu ZWM-u. Wzięli mnie pod ręce i siłą ciągnęli do góry. Opierałem się. Nie wiedziałem, w czym problem. Na górze mnie zostawili i na tym koniec. Rozumiem, że była jakaś obserwacja. Do związku zapisałem się pod fałszywym nazwiskiem – Kazimierz Jastrząbski. Nie chciałem, żeby nazwisko Garbacz było spalone w papierach czerwonych organizacji, ale facet, który to relacjonuje, podaje moje prawdziwe dane – Kazimierz Garbacz. Zidentyfikowano mnie, że podaję się za Jastrząbskiego.
Ale do więzienia poszedłem za stworzenie „nielegalnej organizacji mającej na celu obalenie przemocą ustroju”. Nie mieliśmy broni, ale traktowali kolportaż ulotek jako przemoc.
Pod ówczesnym Urzędem Bezpieczeństwa w Nowym Targu, to jest przy ulicy dzisiejszej Św. Anny, było kilka piwnic. Cel było może pięć. Przez małe okienko widziało się tylko nogi przechodzących ludzi. Wilgoć, beton i prycze drewniane. Co jakiś czas kogoś wywoływano na przesłuchania, które trwało dwie, a może trzy godziny. Przeważnie wyrywali w nocy. W kółko pytali o to samo. Śledczy się zmieniali. Czasem człowiek dostał kopniaka. Do dzisiaj nie słyszę na lewe ucho, po tym jak dostałem kolbą pistoletu, bo im się coś nie podobało.
Aresztowany byłem 1 września 1948 roku. 8 stycznia 1949 roku zapadł wyrok. Dostałem 5 lat, podobnie jak śp. Kolasa. Chcieliśmy razem obalić ustrój. Z końcem marca zostałem przewieziony do więzienia we Wronkach. Była zima, mróz. Wysiedliśmy na stacji kolejowej. Człapiemy drewniakami idąc w kolumnie. Puste ulice. Było wcześnie rano. Dochodzimy do więzienia. Budynek z czerwonej cegły. Brama jak do piekieł: żelazna i rozsuwana. Przed bramą ktoś krzyczy: – Rozbierać się do naga!
Sprawdzali czy ktoś nie ukrył pistoletu. Zabieramy rzeczy i wchodzimy do więzienia, które jest zbudowane w kształcie krzyża. Zauważyłem, na skrzyżowaniu pawilonów malowidło. Orzeł bez korony, a obok niego chłop i robotnik. Jeden z młotem, drugi z sierpem. Na drugie piętro. Cela szeroka od łokcia do dłoni, a długa na siedem kroków. Miałem kawałek chleba. Widzę porcelanowe naczynie. Włożyłem go tam. Otwierają się drzwi.
– Wystawić kible!
– A gdzie są?
– A tam, to co stoi? – wskazuje na porcelanowe naczynie.
– Tam nic nie ma.
Na drugi czy trzeci dzień przychodzi oddziałowy. Obok niego wysoki mężczyzna w więziennym ubraniu, ale w koszuli cywilnej i spodniach na kantki. Zaprowadził mnie do pustej celi. – Kawa, herbata? Ciasto?
Przyniósł jeszcze kiełbasę. Wszystko to postawiło mnie całkowicie na baczność.
– Wiecie, że już wszyscy, którzy was wpakowali w to nieszczęście, siedzą?
Pytają mnie o jednego człowieka. Koniecznie go chcieli wrobić, tylko szukali pretekstu. Liczyli, że może ja się potknę. Skończyło się na niczym.
Po paru dniach przenieśli mnie na tzw. biały pawilon, bo ten był czerwony. Na białym pawilonie na drugim piętrze dano mnie na celę tzw. porządkowych. Cela porządkowych była swego rodzaju przywilejem. Wynosili kible z nieczystościami, ale również roznosili paczki. Któregoś wieczoru przynieśli wiktuały. O dziesiątej obowiązuje absolutna cisza, a tu światło się jeszcze świeci. Rozkładają wiktuały. Częstują. Wiem, że zabrali to innym więźniom z paczek. Okradli ich. Mają uprzywilejowaną pozycję.
– Wiesz, organizujemy ucieczkę z więzienia. Masz jeszcze jakieś kontakty na wolności? Jakąś skrzynkę kontaktową? Tylko nikomu nie mów. My jesteśmy równe chłopy.
Ponieważ zaczęli na mnie nachalnie naciskać krzyknąłem: – Jestem tylko Polakiem i katolikiem. Dajcie mi święty spokój. Chce odsiedzieć wyrok.
Rzucili się na mnie i stłukli. Przyszedł oddziałowy. Powiedzieli, że rozrabiam. Dostałem czterdzieści osiem godzin nago w bunkrze za kratami. Siedziałem tam jak małpa w zoo. Trzy razy dziennie byłem polewany zimną wodą. Po trzech dniach wchodzę do swojej celi. Napadło mnie coś Chodzę po celi i mówię: dam diabłu duszę, żeby mnie wypuścili tylko na ten moment, żebym dostał pistolet maszynowy i mógł ich pozabijać. Słyszę klucz. Co tam znowu? – myślę. Już mnie tu nic nie może zaskoczyć. A jednak mnie zaskoczyło. Dostałem paczkę na Wielkanoc od rodziców. Raz na miesiąc można było dostać paczkę trzykilogramową, a na święta Bożego Narodzenia i Wielkanoc sześć kilogramów. W tym momencie pomyślałem tak: diabeł nie chce mojej duszy. Dało mi to do myślenia: trzymaj się bracie i nie panikuj.
Potem przeniśli mnie Rawicza. Pamiętam wigilię w tamtym więzieniu w 1950 roku. Było nas siedmiu (w tym jeden ksiądz z Warszawy) w ciasnej celi. Ułożyliśmy na sienniku niezbyt czyste prześcieradło, połamaliśmy się przysłanym w paczce chlebem, ksiądz pobłogosławił, życzyliśmy sobie spędzenia następnych świąt na wolności. Ktoś cichutko (bo nie wolno było śpiewać) zanucił „Wśród nocnej ciszy”. Zaskoczeni usłyszeliśmy, że również sąsiednie cele śpiewają. Pękła bariera strachu, już całe piętro, ile sił w piersiach zaintonowało „Bóg się rodzi, moc truchleje”.

Filmy

Najnowsze