Auschwitz-Memento
  • A
  • A+
  • A
Auschwitz-Memento

Jerzy Bielecki

nr obozowy: 243
Biografia
Jerzy Bielecki

(nr obozowy 243) urodził się 28 marca 1921 roku w miejscowości Słaboszów na kielecczyźnie. Miał 18 lat, gdy wybuchła wojna. Chciał walczyć z okupantem. Razem z kolegami przedzierał się na Węgry, by stamtąd dostać się do polskich sił zbrojnych we Francji. Pojmany przez Niemców, osadzony został w więzieniu w Nowym Sączu, skąd przewieziono go do Tarnowa. 14 czerwca 1940 roku został deportowany do Auschwitz wraz z pierwszym transportem 728 Polaków. Pracował m. in. w komandach zewnętrznych, dzięki czemu miał okazję zaznać pomocy okolicznych mieszkańców.
Jesienią 1943 roku pracował w obozowym młynie. Worki cerowała tam grupa Żydówek. Była wśród nich Cecylia Cybulska z Łomży (nr obozowy 29558), osadzona w Auschwitz w styczniu 1943 roku. Hitlerowcy zgładzili w obozie jej rodziców, siostrę i dwóch braci. Między młodymi narodziło się uczucie. Spotykali się ukradkiem. W wigilię Jurek przyrzekł Cyli, że wyprowadzi ją z Auschwitz. Jego przyjaciel, więzień Tadeusz Srogi wykradł z magazynu SS mundur esesmana, kaburę, oraz druk przepustki, którą potem udało się odpowiednio przerobić. Jurek przygotował też zapas jedzenia i buty dla Cyli. 21 lipca 1944 roku, przebrany za esesmana spełnił swoje przyrzeczenie: wyprowadził Cylę na wolność. Po 9 dobach ucieczki dotarli do granicy III Rzeszy z Generalnym Gubernatorstwem.
Cylę ukrywała rodzina Czerników z Gruszowa koło Racławic. Jerzy wyjechał w rodzinne strony, do Igołomii pod Krakowem. Ukrywał się, wstąpił do partyzanckiego oddziału Armii Krajowej. Po przejściu frontu, nie mogli się odszukać – Cyli powiedziano, że Jurek zginął w partyzantce, on zaś usłyszał, że jego ukochana wyjechała do Szwecji i tam zmarła. Jerzy Bielecki ukończył studia w Politechnice Krakowskiej i z nakazem pracy trafił do PKS w Nowym Targu. Potem był nauczycielem i aż do przejścia na emeryturę dyrektorem Zespołu Szkół Mechanicznych.
Pod koniec maja 1983 roku o piątej nad ranem w mieszkaniu Bieleckiego zadzwonił telefon. Usłyszał szloch w słuchawce: „Jureczku, to ja, twoja Cylutka”. Okazało się, że Cyla przez Szwecję dostała się do USA. Już 8 czerwca 1983 roku Cyla przyleciała do Polski. Na lotnisku w Balicach Jerzy powitał ją bukietem z 39 czerwonych róż – za każdy rok rozstania jedna róża. Potem Cyla odwiedzała Polskę wielokrotnie, Jerzy kilkakrotnie podróżował do Ameryki. Wciąż utrzymują kontakt telefoniczny.
W 1985 roku Bielecki otrzymał medal Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata oraz tytuł Honorowego Obywatela Państwa Izrael, przyznawany tym, którzy podczas wojny ratowali Żydów. Na jego cześć w ogrodzie instytutu Yad Vashem w Jerozolimie posadzono drzewko oliwne. Był też honorowym przewodniczącym Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Rodzin Oświęcimskich i autorem znakomitych wspomnień „Kto ratuje jedno życie….”
Zmarł 20 października 2011 roku.

Relacja

Bogdan Wasztyl
Wierzyłem, że żyjesz…

Jerzy Bielecki jakiś czas temu – szczupły, wysoki, wyprostowany, z siwą, bujną czupryną – nie wyglądał na swoje 85 lat. Pisał, opowiadał, udzielał wywiadów. Podróżował: Nowy Jork, Tel Aviv, Hamburg, Kraków, Chorzów, Oświęcim… Gdziekolwiek był, zawsze miał w portfelu starą fotografię.
Jerzy Bielecki dziś… Przez telefon, gdy poznaje znajomego, witalnym głosem wykrzykuje: – Numer 243 melduje się! Zawsze na posterunku!
Ale siły już nie te. I zdrowie nie to. Lata robią swoje. Niedawno skończył dziewięćdziesiąt. Ale w portfelu wciąż trzyma tę starą fotografię.
Czarno-białe, małe zdjęcie. Na szpitalnym łóżku leży piękna, czarnowłosa dziewczyna. Jej wielkie oczy znieruchomiały na chwilę, wpatrzone w obiektyw. Obok, na krześle siedzi młody mężczyzna odziany w staromodny garnitur. Nachyla się w stronę dziewczyny, jakby coś chciał powiedzieć.
Zdjęcie zrobiono pod koniec 1946 roku w Sztokholmie. Dziewczyna na łóżku to Cyla Cybulska. Mężczyzną na krześle nie jest Jerzy Bielecki…

1

Chciał walczyć z okupantem. Próbował dostać się na Węgry. Liczył, że stamtąd przedostanie się do Francji, do polskich sił zbrojnych. Aresztowano go w Dąbrowie koło Nowego Sącza, gdy z pięcioma kolegami usiłowali przekroczyć granicę węgierską. Był 7 maja 1940 roku. Przez więzienie w Nowym Sączu trafił do więzienia w Tarnowie. 13 czerwca ponad siedmiuset takich jak on wyprowadzono z cel. Dezynfekcja w łaźni żydowskiej, oczekiwanie na transport. Dokąd? Myśleli, że na roboty do Niemiec. Trafili do Auschwitz. 14 czerwca 1940 roku stali się pierwszymi więźniami obozu.
W pamięci wciąż brzmią mu słowa wypowiedziane przez niemieckiego oficera podczas pierwszego apelu w obozie: „Wy Psy, Polnische Bande. Pamiętajcie, że to obóz niemiecki, a nie sanatorium. Będziecie tu pracować do końca swojego życia. Porządnie pracujący więzień może tu przeżyć trzy miesiące, kombinator lub złodziej przeżyje może pół roku, księżom i Żydom daję trzy tygodnie. Nie zapominajcie nigdy, że wyjście stąd jest tylko jedno – przez komin! A jeśli się to komuś nie podoba, może od razu iść na druty.”
Otrzymał numer 243. Kwarantanna, mordercza gimnastyka, krzyki, bicie, katowanie, zastraszanie. Nie miał szczęścia. Trafiał do najgorszych komand (najgorsze były te, które pracowały pod gołym niebem, ciężko, bez dostępu do dodatkowej strawy). Numer 243 między innymi wykopywał fundamenty po zburzonych budynkach, rozbierał domy po wysiedlonych Polakach. Po pewnym czasie zaczął muzułmanieć, ale wtedy pomogli mu koledzy. Dopiero po półtorarocznym pobycie w obozie los się do niego uśmiechnął. Z początkiem 1942 roku przeszedł do Landwirtschaftskommando (Mühle Babitz). W młynie w Babicach pracował jako mechanik – pod dachem, z dostępem do dodatkowych porcji żywności, z możliwością kontaktu z ludnością cywilną.
Po ucieczce jednego z więźniów z Mühle Babitz przeniesiono go do gorszego komanda – kosiarzy, gdzie pracowało około 60 więźniów. Kosili trawę na całym terenie należącym do obozu, od wioski Babice po Harmęże i Budy. Potem znalazł zatrudnienie jako mechanik w warsztacie naprawczym komanda Landwirschaft. Naprawiali tam wszystko, od rowerów do maszyn rolniczych włącznie. Często z magazynu organizowali części zamienne m.in. do motocykli i wymieniali je za jedzenie, ratując się w ten sposób przed głodem.
Jakiś czas potem przerzucono go do pracy w magazynie zbożowym, znajdującym się przy rampie kolejowej, w olbrzymim budynku dawnego Monopolu Tytoniowego. Ze względu na znajomość języka niemieckiego Bielecki został mianowany Vorarbeiterem. Do zakresu pracy komanda należało przyjmowanie zboża z całego gospodarstwa obozowego. Przywiezione zboże czyścili, część składali na miejscu w spichlerzu, pozostałość ładowali sami do podstawionych wagonów, które wysyłano do Rzeszy lub kierowano do młyna Babice, gdzie następował przemiał na mąkę i paszę dla bydła.
Pracujący w magazynie uprawiali na większą skalę handel zbożem z esesmanami. Zboże sprzedawali za żywność, chleb, margarynę, papierosy. Zdobyte rzeczy dzielili między kolegów, którzy przenosili je do Brzezinki w nogawkach spodni i za paskiem.
Wewnątrz budynku magazynu paszowego mieściło się zbudowane z desek oddzielne pomieszczenie służące do reperacji worków. Przy klejeniu worków było tam zatrudnionych 10 polskich Żydówek. Przebywały pod zamknięciem. Codziennie rano przyprowadzali je do pracy esesmani a wieczorem odprowadzali.

2

Cyla Cybulska przyszła na świat 28 grudnia 1920 roku w Łomży i nigdy rodzinnego miasta nie opuszczała. A jednak – wraz z wprowadzeniem przez Niemców okupacyjnych porządków – świat wokół niej bardzo się zmienił, skurczył się do otoczonego murem skrawka miasta zwanego gettem. Stamtąd cała jej rodzina trafiła do Sammellager w Zambrowie, skąd wywieziono ich do hitlerowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz w Oświęcimiu w dniu 21 stycznia 1943 roku. Jak się okazało – Auschwitz to był jeszcze inny, jeszcze gorszy świat.
Kiedy pociąg zatrzymał się na rampie w Auschwitz, stłoczonych w bydlęcych wagonach Żydów wyrzucono na zewnątrz, nie szczędząc wyzwisk, przekleństw, razów…
– Rechts, links, rechts, links – tak wyglądała selekcja. Oszołomieni ludzie nie wiedzieli, według jakich reguł i dlaczego jedni mają się kierować na prawo, a inni na lewo. Po lewej stronie gęstniał tłum, po prawej, gdzie kazano zająć miejsce Cyli, stali tylko nieliczni. Cała rodzina Cyli znalazła się po lewej stronie: mama Fela, ojciec Mordechaj, starszy brat Jakub, młodszy brat Natan oraz dziesięcioletnia siostra. Szybko okazało się, że ci z lewej przeznaczeni są na śmierć – od razu zostaną skierowani do komór gazowych i w obozie nie pozostanie po nich żaden ślad. Tych z lewej uznano za zdolnych do pracy. Zanim zginą, będą musieli jeszcze sporo wycierpieć. W obozowym kanonie pojęć takie zrządzenie losu nazywano szczęściem.
W ciągu jednego dnia Cyla straciła wszystkich bliskich. W tym okrutnym świecie Auschwitz była całkiem sama. Ale żyła…
Wyselekcjonowane kobiety zapędzono na odcinek BIa w Birkenau. Tam odebrano im wszystkie przedmioty cywilne, ostrzyżono i wytatuowano im na przedramionach numery. Cyla oznaczona numerem 29558 skierowana została do baraku nr 9, w którym funkcję blokowej pełniła czeska Żydówka, która lubiła bić i biła często podległe sobie więźniarki. Trafiła do ciężkiej pracy pod gołym niebem – burzyła domy i zabudowania gospodarcze po Polakach wysiedlonych z wiosek Brzezinka, Babice, Rajsko, Pławy, Harmęże, Budy, które znajdowały się w rejonie należącym do obozu. Przy pracy tej używało się najbardziej prymitywnych narzędzi, jak młoty, łomy. Po kilku tygodniach stanęła do następnej selekcji. Tym razem wybierano tylko młode, zdrowe i urodziwe dziewczęta, które przeniesiono do KL Auschwitz, do obozu macierzystego. Cyla wtedy jeszcze nie wiedziała, że to kolejny przejaw szczęścia w jej obozowym życiu.
Trafiła do Stabsgebauden, murowanego budynku, w którym panowały diametralnie inne warunku niż w Birkenau. Około 50 więźniarek zajmowało pomieszczenie w piwnicy. Było jednak sucho, spały pojedynczo na siennikach, dla utrzymania czystości osobistej mogły i musiały się kąpać dwa razy dziennie: rano i wieczór. Otrzymywały także lepsze pożywienie, podobno takie, jak niemieckie nadzorczynie, które mieszkały w tym samym budynku, ale oczywiście nie w piwnicy.
Cyla wraz z dziewięcioma innymi dziewczynami znalazła zatrudnienie w spichlerzu, w cerowalni worków dostarczanych do młyna. Pracowała w owym zbudowanym z desek pomieszczeniu pośrodku magazynu paszowego.

3

Było ich trzech. Jurek Bielecki, Marian Wudniak i Kazimierz Jankowski. Trzymali się razem, przyjaźnili. Choć nie wolno było nawiązywać żadnych kontaktów z więźniarkami pracującymi w pomieszczeniu z desek, oni na te zakazy nie zważali. Szukali okazji, by chociaż zamienić klika słów z dziewczynami. I tak się złożyło, że po jakimś czasie każdy z nich miał tam sympatię: Lonię Szwarc z Lipna na Pomorzu, Cylę i Reginę. Oni dostarczali im dodatkową żywność, one kombinowały dla nich jakieś swetry, koszule, mydła.
Jak Jurek poznał Cylę? Zobaczył ją któregoś dnia w pralni i nie mógł oderwać od niej oczu. Ona też zwróciła uwagę na tego przystojnego młodzieńca. Zamienili kilka słów. Po kilku miesiącach z tych ukradkowych krótkich spotkań, rozmów przez dziurę w desce albo przy śmietniku (Cyla powoli wyrzucała śmieci a on udawał, że rozwiązało mu się sznurowadło), zrodziło się między nimi głębsze uczucie.
Nadchodził rok 1944. W Stabsgebauden niewiele się zmieniało, ale dookoła szalała śmierć. Do Birkenau przyjeżdżało coraz więcej transportów, komory gazowe i krematoria pracowały pełną parą. I nie nadążały. Zwłoki trzeba było spalać w stosach spaleniskowych, gęsty dym i słodkawy zapach spowijały całą okolicę. Tylko taki ślad pozostawał po mordowanych metodycznie europejskich Żydach.
Z każdym kolejnym transportem kierowanym wprost na śmierć, Jurek coraz mniej potrafił się cieszyć swoim małym, obozowym szczęściem. Jedno wiedział na pewno – jeśli niczego nie wymyśli, któregoś dnia i Cyla trafi do komory gazowej. W Wigilię Bożego Narodzenia 1943 roku obiecał Cyli, że wyrwie ją z tego piekła. Nie wiedział jeszcze – jak, ale od tej chwili uporczywie zaczął myśleć o ucieczce.

4

Plan powstał w styczniu 1944 roku – Jurek w przebraniu esesmana miał wyprowadzić Cylę na wolność – materializował się jednak przez pół roku.
Tadeusz Srogi nr 178, przyjaciel Jurka z pierwszego transportu do obozu, pracował w magazynie odzieżowym dla SS. Najpierw przyniósł w kuble na śmieci bluzkę i czapkę z trupią czaszką. Co jakiś czas podrzucał pozostałe części garderoby. Spodnie przeszmuglował pod pasiakiem, w butach po prostu przyszedł, a pas i kaburę schował pod pachą. Na koniec dostarczył emblematy Rottenführera.
Worek z mundurem Jurek ukrył na strychu. Tam też gromadził prowiant. Najtrudniej było z przepustką. Tadeusz Srogi długo obserwował esesmanów konwojujących więźniów. Zauważył pewną prawidłowość: esesmani posiadający przepustki wstępowali po drodze do SS-Bekleidungskammer, aby wymienić mundury. – W czasie jednej z takich wymian – opowiadał później Srogi – szybko wydałem pewnemu esesmanowi bardzo porządny mundur. Uradowany zdał swój stary mundur, zapominając, że w kieszeni bluzy zostawił przepustkę. Szybko ją schowałem. Była małego formatu, blankiet niebieski. Po pół godzinie wrócił wspomniany esesman żądając odszukania starego munduru. Wiedziałem już, o co chodzi. Przyniosłem kilkanaście mundurów, ale swojego w nich nie rozpoznał. W drugiej partii mundurów, którą następnie przyniosłem, znalazł wreszcie swój stary uniform. Po przeszukaniu kieszeni niczego nie znalazł. Zrobił awanturę oraz zameldował esesmanowi Koberowi, że to ja na pewno zabrałem mu przepustkę. To dotknęło Kobera, ponieważ był bardzo energiczny, wyrzucił awanturującego się esesmana dodając: – Ty głuptasie, na co jemu potrzebna jest ta przepustka. Po paru dniach dowiedziałem się, że wspomniany esesman otrzymał kilka dni aresztu za zagubienie przepustki. Po upływie 3 tygodni, kiedy sprawa całkowicie ucichła, oddałem przepustkę w ręce Jurka Bieleckiego.
Na dokumencie widniało nazwisko Helmuth Stehler, Jurek jednak nie mógł wyjść z obozu pod takim nazwiskiem, ponieważ strażnicy znali Stehler’a. Czym prędzej przerobił nazwisko na Steiner. Miał już wszystko, czego potrzebował.
Ostrzegł Cylę, aby niczemu się nie dziwiła, jeśli pewnego dnia około trzeciej po południu przyjdzie po nią esesman i zabierze na przesłuchanie do Politische Abteilung. Jakież było jego zdumienie, gdy dowiedział się, że kilka godzin po tym spotkaniu oddział dziewczęcy został przeniesiony. Nie miał pojęcia, dokąd. Cały plan runął. Nie mógł spać, nie mógł jeść. Myślał tylko o Cyli. Bał się, że już nigdy jej nie ujrzy.
Po czterech dniach dostał od kolegi mały liścik: „Pracuję w Stabsgebäude. C”. Odetchnął z ulgą. Żyła, była niedaleko. Postanowił działać szybko, by znów jej gdzieś nie przeniesiono. Nawiązał kontakt z kolegami pracującymi w obozowej drukarni mieszczącej się na Legerweiterung i zdobył papier w różnych kolorach, w jakich były sporządzone przepustki. Pobrał również odpowiednie czcionki i naniósł ręcznie treść przepustki na szereg blankietów w różnych kolorach. Pieczątki zaś wiernie sfałszował posługując się odciskami zrobionymi ręcznie z drzewa.
Cyla pracowała w oddzielnym budynku, który stał naprzeciw magazynu zbożowego, ale nie mogła gmachu często opuszczać. Spotykali się rzadko, kiedy wynosiła śmieci. 20 lipca 1944 roku Jurek powiedział jej, aby następnego dnia była gotowa. Jeśli o piętnastej wyjdzie na balkon i podniesie ręce, to będzie oznaczało, że uciekają.

5

21 lipca 1944 roku, piątek. Punktualnie o piętnastej Jurek wychodzi na balkon i podnosi ręce. Potem zgłasza się do SS-Rottenführera Titze z prośbą o zwolnienie na kilkanaście minut. Obiecuje załatwić dla esesmana kiełbasę od kolegów pracujących w rzeźni. Wychodzi z budynku, po czym wchodzi z powrotem od strony rampy, rzadko uczęszczanymi schodami. Biegnie na strych, gdzie ma ukryty mundur esesmański. Mundur zakłada trzęsącymi się rękami. Do kabury zamiast pistoletu, którego nie ma, wkłada grube śruby. Zakłada okulary, na ramię zarzuca chlebak z ukrytym zapasem żywności i ubraniem na zmianę.
W tym dniu obowiązują przepustki koloru różowego Opanowując drżenie rąk dokonuje na dokumencie niezbędnych wpisów ołówkiem kopiowym: miejsce, cel marszruty, liczba konwojentów i więźniów, nazwisko esesmana-kontrolera, godzina i data wystawienia przepustki. Sprawdza swoje esesmańskie personalia: Steiner Helmuth, stopień – SS Rottenführer.
Idzie. Więźniowie prężą się przed nim na baczność. Dodaje mu to pewności, ale wewnątrz dygocze. Koszula jest mokra od potu. Otwiera drzwi do pralni. Staje przed Kommandoführerin z SS. – Mam rozkaz zabrać na przesłuchanie więźniarkę o nazwisku Cyla Cybulska-Stawiska, numer 29558. Która to?
Po chwili w drzwiach pojawiła się Cyla. Spogląda przerażona, opuszcza głowę. Uświadamia sobie, że już nie ma odwrotu. Wolność albo śmierć.
Ruszyli. Cyla szła pierwsza, za nią Jurek. Na kilka kroków od Kontrollstelle Bielecki zatrzymał się. – Heil Hitler Unterscharführer – krzyknął, po czym podsunął Niemcowi dokument. – Weiter machen (możecie iść) – rzekł tamten oddając dokumenty.
Wyszli na drogę wiodącą w kierunku Bud. Po dwóch kilometrach od obozu skręcili w kierunku rzeki Soły. Potem szli wzdłuż brzegu, kryjąc się w wiklinie. Gdy wiklina się skończyła, zalegli w krzakach. Na okolicznych polach ludzie pracowali przy żniwach. Musieli przeczekać do zmroku.
Po nastaniu zupełnych ciemności ruszyli dalej. Minęli kopalnię, przeszli przez most na Sole i, gdy doszli do gór, skierowali się na wschód w kierunku Wadowic. Gdzieś tam chcieli przedostać się do Generalnej Guberni.
Nie mieli przy sobie żadnej mapy ani przygotowanych punktów kontaktowych. Zamierzali maszerować nocą, po bezdrożach, omijając osady ludzkie.
Czwartej nocy, kiedy od wielu godzin padał deszcz i poruszanie się bezdrożami było bardzo męczące, wyszli na wiejską drogę, gdzie zostali zatrzymani przez trzech cywilnych wartowników. Dopytywali, kim są. Jakoś nie chcieli uwierzyć, że ubłocony esesmanem z takąż dziewczyną wraca z urlopu i idzie w środku nocy na stację w Zatorze. W pewnym momencie, kiedy tamci zgasili elektryczną latarkę, Jurek pociągnął za sobą Cylę. Zaczęli uciekać przydrożnym rowem. Wpadli między zboża, myląc pościg.
Skończyło się jedzenie, które Jurek zdołał zgromadzić przed ucieczką, więc doszła konieczność zdobywania pożywienia. Jurek pukał do obcych spotkanych na trasie domów. Trudy wędrówki dawały im się we znaki do tego stopnia, że Cyla nie raz popadała w zwątpienie. Bolały ją nogi, nie miała siły iść dalej. – Niech nas złapią, jest mi wszystko jedno – myślała. Jurek nie chciał jej jednak zostawić. Mobilizował, błagał, krzyczał, by szła za nim.
Po dziewięciu dobach tułaczki gdzieś w pobliżu Spytkowic podczołgał się do ludzi pracujących w polu i powiedział, że uciekł z robót z Niemiec. Zaproszono go do chałupy, poczęstowano pęczakiem i zsiadłym mlekiem. Przyprowadził Cylę. Dobrzy ludzie ukryli ich w stodole.
U rodziny Jana Kosowskiego, organisty z Bachowic, spędzili dzień i dwie noce. Nabrali sił, umyli się, dostali nowe, cywilne ubrania. Kosowski zorganizował im przerzut przez „zieloną granicę” do Generalnej Guberni. Dzięki starowince Swierkoszowej, która znakomicie znała okolicę, 31 lipca 1944 roku uciekinierzy z Auschwitz opuścili teren Rzeszy w okolicach wsi Brzeźnica i znaleźli się w Generalnej Guberni.
W Muniakowicach za Słomnikami schronili u Jana Marusy, wujka Jurka. Potem przez krótki czas przebywali w wiosce Janikowice u rodziny Klimczyków, gdzie Jurek spotkał się z Leszkiem, swoim bratem, członkiem oddziału partyzanckiego. Później pomieszkiwali trochę w miejscowości Przemęczany u niejakiego Siadły. Po kilku dniach Cyla zamieszkała u rodziny Czerników w sąsiedniej wsi Gruszowo. A Jurek…

6

Wyjechał z Przemęczan. Ojciec, sekretarz w gminie Igołomia, znalazł dla niego bezpieczne miejsce w domu znajomego sołtysa w Koźlicy, wsi leżącej nad Wisłą, z dala od głównych traktów. Po trzech tygodniach Bielecki, już z fałszywymi dokumentami na nazwisko Tadeusz Przybylski, przeniósł się do Igołomi. Ulokowano go – za zgodą kierownika szkoły – w budynku szkolnym, w kuchence z bezpośrednim wyjściem na pola; drzwi od korytarza zasłonięto wielką szafą. W razie niebezpieczeństwa Jurek mógł uciekać wprost w pola porośnięte gęsto krzakami grochu. Nie było jednak takiej potrzeby.
Mimo, że w sąsiednim Pobiedniku znajdowało się lotnisko, że w dworze stacjonowało kilkudziesięciu pilotów, a nad okolicą stale było słychać huk samolotów, Jurek czuł się bezpieczny. Nie bał się niemieckich żołnierzy (taki żołnierz myślał tylko o tym, żeby się porządnie wyspać – twierdzi), a żandarmerii i gestapo udawało mu się szczęśliwie unikać.
Dzięki braciom, którzy byli w partyzantce (w Armii Krajowej) wychodził czasem z „leśnymi” na nocne patrole. Poza tym, czekając aż przyjdzie front, nudził się okrutnie; kosił trawę, piekł z kolegami kartofle na polach, popijał wino, żartował…Koszmar wojenny stał się dla niego nagle nienaturalnie odległy. Pozornie odległy.
Któregoś dnia pod koniec listopada 1944 roku wypił z kompanami trochę za dużo czerwonego wina. Było już zupełnie ciemno, gdy w oddali usłyszeli kroki. Pomyśleli, że to miejscowi lekarze, Polacy ze Lwowa, wracają z zakrapianej partyjki brydża. Postanowili ich nastraszyć. Schowali się, a Bielecki, który mówił po niemiecku, wyszedł na środek drogi. Podniósł rękę i krzyknął: Halt! Grobowa cisza. Metaliczny dźwięk odryglowanego zamka i chropowaty nieprzyjemny głos: Was ist da los?!
Jerzy zamarł. Zobaczył przed sobą dwóch niemieckich żołnierzy; jeden trzymał wymierzony w niego automat, a drugi oświetlał go latarką.
– To miał być kawał, taki dowcip… – zaczął się plątać.
– A jakbym tak puścił serię?
– To byłoby kaput.
– Takich żartów się nie robi, mein Junge, prowadź na pocztę!
Zepsuł się im samochód. Chcieli zadzwonić po pomoc do Krakowa. Długo czekali na połączenie, więc ten niższy rangą poszedł do sklepu i kupił kilka paczek papierosów i dwie butelki wódki. Urzędniczka podała trzy szklanki.
– Pij chłopcze, na zdrowie i dziękuj Bogu, że jeszcze żyjesz.
Wypili. Raz, drugi, trzeci… Gdy zaczęło im się dobrze kręcić w głowach, zapytali, skąd zna niemiecki.
– Ze szkoły.
– Kłamiesz. Ty musisz być partyzantem.
– Skąd, nigdy nie byłem…
– Tak, tak…My wiemy, że wy wszyscy jesteście partyzantami, choć nigdy nie przyznajecie się do tego. Ale tak to już z wami jest.
Po każdej następnej szklance wódki sugerowali Jerzemu, że jest partyzantem. A potem, już po bruderszafcie, zaczęli się obcałowywać, obłapiać, przymilać: – Kochany, miły partyzant…Jurek, fajny partyzant…
Gdy przyjechała wreszcie pomoc techniczna, Jurek nagle wytrzeźwiał. Co ze mną będzie? – myślał. – Zastrzelą, czy zabiorą ze sobą. Jeśli tak, to dokąd? Ale pijani niemieccy żołnierze ani myśleli go zabierać; uściskali go tylko serdecznie i pożegnali: – Trzymaj się Jurek!
Kiedy był w obozie, nigdy mu przez myśl nie przeszło, że mógłby rozmawiać z Niemcem siedząc, a co dopiero pić z nimi wódkę i obcałowywać się. – Przez głupią, szczeniacką fantazję mogłem zginąć – ocenia po latach. – Na szczęście skończyło się na serdecznościach. Ale tego panicznego strachu, mimo że byłem pijany, nie mogę zapomnieć.

7

Już z Koźlicy wysłał list przez partyzanckich łączników. Na kartce wyrwanej z zeszytu napisał: „Najdroższa Cylutko, bardzo mi tęskno do ciebie. Ciągle myślę o tobie. Bądź cierpliwa, wojna niedługo się skończy. Na pewno niebawem się spotkamy”. Później przesłał jeszcze trzy listy przez łączniczkę AK. Od Cyli nie otrzymał ani jednej informacji. Nie dziwił się temu. Dziewczyna nie miała jak się z nim skontaktować; nie znała miejsca jego pobytu.
Dręczyła go niepewność. Przez pół roku nie wiedział, co się z Cylą dzieje. Obawiał się, że listy mogły do niej nie dotrzeć. „Mogła pomyśleć, że zapomniałem. Nie musi przecież zdawać sobie sprawy z tego, że końcówka wojny to potworna zawierucha, bałagan. Że poczta nie działa, łączność nie działa…Czy wytrwa?” – myślał.
Rzeczywistość była jeszcze gorsza. Marszałek Koniew, wykonując swój słynny manewr obejścia Krakowa, wyzwolił Cylę o kilka tygodni wcześniej niż Jerzego. – Koniew był u Cyli z początkiem stycznia, a u mnie dopiero 19 stycznia. Ona, bidula, o tym nie wiedziała – mówi Bielecki.
Jak tylko front przeszedł i trochę się uspokoiło, postanowił wyruszyć do Gruszowa. Rodzice i znajomi prosili, by jeszcze trochę poczekał. „Czas jest niepewny. Można się natknąć na zabłąkanych Niemców, Rosjan. Wielu ludzi ginie teraz przypadkowo. Po co ryzykować” – tłumaczyli. Głos rozsądku nie mógł się jednak przebić przez mur tęsknoty. Z początkiem lutego, w mroźny dzień, Bielecki – skoro świt – wyruszył do Gruszowa. Do ukochanej. Pokonanie 50-kilometrowej trasy zajęło mu kilkanaście godzin. Wiele razy opadał z sił, chciał przystanąć, odpocząć. Jedź, nie zwlekaj – podpowiadał mu wewnętrzny głos – Cyla od kilku tygodni cię wypatruje, wychodzi na drogę. Nie pozwól jej czekać.
O zmierzchu zobaczył dom Czerników. Wokół pusto. Wpadł do chałupy, rozejrzał się nerwowo. – Gdzie Cyla? Ciociu, gdzie Cyla?! – dopytywał niecierpliwie.
Czernikowa na jego widok osunęła się na ławkę i zaniosła się płaczem: – Moje dziecko, coś ty narobił?! Przecież Celinka codziennie, od kilku tygodni wychodziła przed ciebie na drogę. Wypatrywała, popłakiwała, a ciebie nie było. Spać nie mogła, wciąż dopytywała: dlaczego nie przychodzisz, czy przyjedziesz… Front już dawno przeszedł, ona usychała z tęsknoty, a ciebie nie było…
– Gdzie Cyla?
– Nie na Cyli. Cztery dni temu, Wicek (wujek Czernik – przyp. B.W.) zawiózł ją do Miechowa na stację. Nie mogąc się ciebie doczekać, koniecznie chciała odszukać swoją ciotkę, która wyszła za mąż za Polaka na wsi koło Zambrowa i być może przeżyła.
– I nie wróci?
– Wróci, wróci… Przysięgała na wszystkie świętości, że wróci albo da nam znać jak najszybciej, co się z nią dzieje.
Co kilka tygodni Jerzy zachodził do Czerników. Niestety, od Cyli nie było żadnych informacji.

8

W pociągu jadącym w kierunku Warszawy, Cyla poznała dwóch młodych Żydów – braci Zacharowitzów. – Po co ty tam pojedziesz na niepewne? My, niedobitki, musimy trzymać się razem. Tak bezpieczniej. Zostań z nami – przekonywali. We Włochach pod Warszawą ukrywali się przez całą okupację, a po wyzwoleniu wynajmowali pokój. Handlowali. Jak na tamte czasy powodziło im się nieźle.
Cyla zamieszkała z nimi. W kwietniu 1945 roku wyszła za mąż za Dawida Zacharowitza. Ślubu udzielił im rabin, który – tak jak młodzi – cudem przeżył wojnę.
Pod koniec lata Cyla i Dawid dotarli do Łomży. Dom Cybulskich by zrujnowany; zamieszkiwali więc u byłej służącej. Służąca wskazała, gdzie znajdują się rodzinne serwisy, srebra, menory… Próbowali odzyskać resztki majątku. Którejś nocy ktoś z hukiem wyważył drzwi. Kilku zarośniętych, uzbrojonych mężczyzn wpadło do sypialni. Mówili po rosyjsku (Cyla jednak zawsze podkreślała, że byli to Polacy udający Rosjan).
– Gdzie jest Cybulska?! Gdzie jest złoto?! Wyłazić z łóżka! – wrzeszczeli. Jeden z nich dwa razy wystrzelił; kule przeleciały ponad głową Cyli i wbiły się w ścianę. Przeszukali cały pokój. Znaleźli tylko kilkadziesiąt złotych monet. Zawiedzeni tak małym łupem, pobili Dawida i Cylę, po czym zniknęli w ciemnościach.
Rano Zacharawitzowie powiadomili o napadzie łomżyński Urząd Bezpieczeństwa. Szef UB (Żyd, który później ożenił się z Reginą, koleżanką Cyli ze Stabsgebauden, i wyjechał do USA) nie schwytał co prawda bandytów, ale powiedział Cyli, by skontaktowała się z magistratem. – Chyba ktoś cię szuka – dodał.
W Urzędzie czekały na Cylę listy, które słał z Nowego Jorku jej stryj. Stryj uporczywie szukał kogokolwiek z rodziny; prosił o informacje o zmarłych bądź żywych; błagał władze miasta, by szukały do skutku.
Napisała do stryja. „Drogie dziecko, w Polsce nie masz już nikogo. Przyjedź do Ameryki” – radził. Zacharowitzowie wyprzedali resztki majątku (maszyny do przemiału ziarna, srebra, serwisy) i przenieśli się do Łodzi, gdzie zamieszkali przy ulicy Ceglanej. Z początkiem 1946 roku, gdy tylko otrzymali paszporty, wyjechali do Szwecji. Stamtąd Cyla po raz pierwszy wysłała list do Czerników. Pisała, że wyszła za mąż i mieszka w Sztokholmie; że choruje i leży w szpitalu (dołączyła dwie fotografii ze szpitalnej sali). Czy ciocia spotkała Jurka? Co się z nim dzieje? – pytała w tym (i każdym następnym) liście.
Czernikowie długo zbywali milczeniem te pytania. W końcu napisali, że Jurek zginął w partyzantce.

9

– Długo wyrzucałem sobie, że wyruszyłem do Czerników tak późno, że zwlekałem. Do Cyli też miałem żal, że na mnie nie czekała – wspomina po latach Jerzy Bielecki.
W maju 1945 roku przeniósł się do Krakowa. Maturę zdał w III Gimnazjum im. Sobieskiego. Studiował budowę samochodów i ciągników na Wydziale Politechnicznym AGH. Nakaz pracy rzucił go zaraz po studiach, w maju 1951 roku, do Nowego Targu, gdzie został zastępcą dyrektora do spraw technicznych w Państwowej Komunikacji Samochodowej.
Nie próbował szukać Cyli na własną rękę. Nie wiedział – gdzie, ani – jak. W powojennym bałaganie, w tłumach ludzi przemieszczających się ze wschodu na zachód trudno było kogokolwiek znaleźć. Wierzył, że Cyla się odezwie, więc starał się możliwie często odwiedzać Czerników.
– Niestety, Juruś, nie ma nic, żadnych śladów. Cylusia chyba umarła. Dziecinka… – Czernikowa niezmiennie załamywała ręce.
Wczesną jesienią 1946 roku, podczas kolejnej bytności w Gruszowie, Jerzy dowiedział się od listonosza, że do ciotki przychodzą listy ze Szwecji.
– Dostaliśmy list ze szpitala. Pisała, że jest ciężko chora. Ale już od dawna nie pisze, więc pewnie umarła, bidula, Celinka moja – rozpłakała się ciotka.
Tym łzom Jerzy uwierzył. Stracił nadzieję. W listopadzie 1946 roku ożenił się. Stenię poznał kilka miesięcy wcześniej (uczyła się w Liceum Handlowym przy ulicy Kapucyńskiej w Krakowie) i bardzo pokochał. – Tak bardzo chciałem się żenić, że zdobyłem zgodę Kurii. Stenia to była wspaniała, dobra dziewczyna. Trochę przypominała mi Cylę. Do dziś jest moją żoną – mówi po latach Jerzy Bielecki.
Po ślubie już rzadziej, ale regularnie – przynajmniej dwa razy w roku – odwiedzał Czerników. Gdy kiedyś wspólnie z wujostwem wspominali Cylę, ciotka sięgnęła do kredensu. – Popatrz Juruś, co znalazłam – podała mu kawałek kartki. Był to fragment listu od Cyli (bez adresu i daty): „Ciociu, szukajcie dalej. Pytajcie krewnych Jurka. Pytajcie Banasiaków. Pytajcie w Jankowicach. Pytajcie w Muniakowicach…”. Ciotka dała też Jerzemu dwa szpitalne zdjęcia. – Pewnie tak, Juruś, wyglądała przed śmiercią. Ze szpitala ona już chyba nie wyszła – dodała.
Zaczął szukać Cyli. Wierzył, że żyje. W Związku Byłych Więźniów Politycznych dowiedział się, że kolega z pierwszego transportu do Auschwitz, Jerzy Wojnas, mieszka w Malmo. Napisał do niego: Szukaj Cyli Cybulskiej, która była w szpitalu w Sztokholmie. Po kilku miesiącach przyszła odpowiedź: „Przewróciłem nie tylko Sztokholm i nie tylko Czerwony Krzyż. Szukałem wszędzie, gdzie się dało. Takiej Cyli Cybulskiej nikt nigdzie nie odnotował”.
– Szukałem Cyli Cebulskiej, nie wiedząc, że nazywa się Zachartowitz. Nie wiedziałem, kim jest mężczyzna na zdjęciu za szpitala. Czernikowie nie powiedzieli mi, że Cyla wyszła za mąż – tłumaczy Bielecki.
Lata biegły. Życie niosło wciąż nowe sprawy. Bielecki został dyrektorem PKS-u, a potem dyrektorem dużej szkoły. Często jednak wracał myślami do przeszłości; nigdy zresztą nie ukrywał, że interesuje go, co stało się z Cylą. Jeszcze w latach sześćdziesiątych poprosił znajomego, który wyjeżdżał do Szwecji, aby poszukał tam Cyli Cebulskiej. Planował, że kiedyś sam wybierze się na poszukiwania. Nie otrzymał jednak paszportu. Pozostało mu odwiedzanie Czerników. Zajeżdżał do nich raz, dwa razy w roku. Za każdym razem z coraz mniejszą nadzieją. Nie wierzył, że Cyla nie żyje. Wątpił jednak, że kiedykolwiek uda mu się ją odnaleźć.
Pozostały wspomnienia. Wspomnienia te zaciekawiły Feliksa Kidawę, który nakręcił długi reportaż telewizyjny „I tam kwitły róże…”. W filmie nie pojawia się Cyla; nie ma nawet jej fotografii. Tylko Jerzy Bielecki wydobywa ją z pamięci.

10

Maj 1983 roku. Środek nocy. W nowatorskim mieszkaniu natrętny dzwonek telefonu wyrywa ze snu domowników.
– Halo, tu Warszawa, łączę pana z Nowym Jorkiem.
Bielecki pomyślał, że to Ludwik Kramarz, przyjaciel obozowy, któremu przed laty ocalił życie, przyjechał z Florydy do Nowego Jorku i usiłuje się skontaktować (Kramarz odezwał się po raz pierwszy do Bieleckiego po 20 latach).
-Słucham, słucham, Lutek, to ty – wykrzykuje do słuchawki Jerzy i słyszy łkanie, a później płacz.
– Halo, halo, słucham – niecierpliwi się.
– Juracku, to ja. To twoja Cylutka.
– Jezus Maryja! Skąd ty dzwonisz?
– Z Nowego Jorku
– A co ty tam robisz? Przecież mnie wujostwo cały czas mówiło, że nie żyjesz. Że zmarłaś w Szwecji…
– A mnie pisali, że ty zginąłeś w partyzantce. Czy oni zwariowali?
Rozmowa co chwila przerywana przez telefonistkę (Halo, mówi się? Czy pan oszalał? Tu kilkadziesiąt osób czeka na połączenie!), trwała ponad godzinę. Jerzy i Cyla opowiadali o sobie, o życiu bez siebie.
Tego dnia Stenia, żona Jerzego, dzieliła się z wszystkimi znajomymi sensacyjną wieścią: Nie uwierzycie, Jurkowa Celinka się znalazła!

11

Po trzech latach spędzonych w Szwecji na klejeniu kopert i pudełek w oczekiwaniu na amerykańską wizę, Cyla i Dawid Zacharowitzowie wylądowali w Nowym Jorku. Ciężko pracowali, ale w końcu otworzyli zakład złotniczy w Brooklynie. Dawid z opowieści żony wiedział o Jerzym i zabronił jej go szukać. W tajemnicy przed mężem Cyla pytała w listach Genowefę Czernik o Bieleckiego i każdego 1 listopada zapalała mu świeczkę.
Po śmierci Dawida (w 1975 roku) Cyla zamknęła się w sobie. Ci, którzy się z nią stykali, mówili o niej: powściągliwa dama. Nigdy nie mówiła o przeszłości. Aż do majowego dnia 1983 roku…
W piątki przychodziła do niej sprzątać młoda Polka. Tego dnia Irena nie sprzątała. Cyla zaproponowała, by wspólnie wypiły kawę. Wiesz, Irena, kiedyś Polak, taki fajny chłopak, Juracek, uratował mi życie, wyprowadzając z Auschwitz – zaczęła i opowiedziała dziewczynie o wielkiej miłości.
– To ja znam tego pani Juracka – zdziwiła się Irka. – Widziałam go przed przyjazdem tutaj w polskiej telewizji. Opowiadał o pani. Tylko nie skojarzyłam, że chodzi o panią, bo mówił o jakiejś Cyli Cebulskiej, a nie o Cyli Zacharowitz.
– To on żyje? Gdzie mieszka?
– W Nowym Targu, jest dyrektorem jakiejś szkoły.
Cyla zemdlała. Następnego dnia zadzwoniła do Nowego Targu. Potem skierowała prośbę do Komendy Głównej Policji w Warszawie: „Proszę sprawdzić czy Jerzy Bielecki, były więzień Auschwitz, na pewno mieszka w Nowym Targu. Była więźniarka Auschwitz, Cyla Zacharowitz.”.

12

8 czerwca 1983 roku Cyla wysiadła z samolotu na lotnisku w Krakowie. Jerzy wpadł na lotnisko w ostatniej chwili. Zauważył przy autobusie drobną, starszą panią. Ruszył w jej stronę. Gdy go zobaczyła, podbiegła i rzuciła mu się na szyję. – To naprawdę ty? To ty – zaczęła płakać.
– Cylutka – przytulił ją. – Ja zawsze wierzyłem, że ty żyjesz…
Pierwsza wielogodzinna rozmowa: płacz, pytania, próby odpowiedzi, płacz, pytania… – Nie sposób opisać tamtych emocji, odczuć – wspomina Jerzy. – To było niesamowite.
Cyla była w Polsce przez trzy tygodnie. Pewnego dnia razem z Jerzym zajechali do Gruszowa. Nie zapowiadali wcześniej tej wizyty. Staruszka, ciotka Genowefa, wyszła przed próg, trzymając w ręce sito. Spojrzała na Cylę, na Jerzego, znów na Cylę… Osunęła się na ławeczkę, sito wypadło jej z ręki. Zaczęła drżeć. Wybuchnęła spazmatycznym płaczem.
– Ciociu, poznaje mnie ciocia?
– Moje dziecko, moja Celinka, no pewnie. – Polka i Żydówka padły sobie w objęcia i długo płakały. A później, każda na swój sposób, podziękowały Bogu, że pozwolił im się spotkać.
Cyla i Jerzy mieszkali u Czerników kilka dni. Spacerowali po swoich dawnych ścieżkach, długie godziny przesiadywali na ławce pod gruszą.
– Pamiętasz – mówiła Cyla – jak mnie obejmowałeś? No obejmij mnie tak jeszcze raz. Pamiętasz, jak mi tu przysięgałeś, że przyjedziesz zaraz po wojnie, że do końca życia będziesz na mnie czekał? Ani nie przyszedłeś, ani nie czekałeś…
– Cylutko, to ty wyjechałaś pierwsza i pierwsza wyszłaś za mąż. Półtora roku wcześniej niż ja – bronił się Jerzy.
Niby wszystko było takie samo: i grusza, i ławeczka, i chałupa i ciotka.
Tylko Jerzy i Cyla byli inni…

13

Cyla przyjeżdżała do Polski kilkanaście razy. Często z Jerzym odwiedzała Czerników, lecz nigdy nie zapytała, dlaczego wujostwo uśmierciło Jerzego. Jerzy też nigdy nie zapytał, dlaczego wujostwo uśmierciło Cylę.
– Wiele razy rozmawialiśmy o tym z Cylą – mówi po latach Bielecki – i doszliśmy do wniosku, że chcieli nam oszczędzić wstrząsu, rozczarowań. Byli przecież świadkami naszej wielkiej miłości. Cyla, zawiedziona tym, że tak długo nie pojawiałem się Gruszowie, mogła pomyśleć, że zginąłem. Wyjechała, wyszła za mąż. Czernikowie nie powiedzieli mi tego, by mnie nie męczyć, nie zatruwać życia. Nie chcieli też zapewnie burzyć życia Cyli. Uśmiercili nas dla siebie, byśmy żyli we wspomnieniach jako romantyczni kochankowie…
W 1985 roku Bielecki został odznaczony medalem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”. W tym mniej więcej czasie wybrał się z Cylą do Oświęcimia. Jeszcze raz chcieli przejść trasą swojej ucieczki. Wyruszyli z Brzezinki na Rajsko, doszli do wioski, skierowali się na prawo w kierunku Bud, zeszli na łąkę, dobrnęli do pierwszych zarośli wikliny… I tam przeżyli wielkie rozczarowanie. To nie była ta sama, gęsta, wysoka wiklina. Pozostały jakieś rachityczne zarośla, zryta ziemia, rury… – Kto śmiał nam zepsuć wycieczkę? – złościła się Cyla.
Z każdym kolejnym pobytem Cyla coraz bardziej rozczarowywała się Polską. W 1989 roku wyjechała po kilku dniach na wieść o śmierci zięcia. I już nie wróciła. Przestała odpowiadać na listy, kartki z życzeniami, nie odbierała telefonów. Przez wiele lat…

14

Marzec 1999 roku. Jerzy Bielecki, pracuje nad drugim wydaniem swojej książki, udziela wywiadów, występuje w telewizji, spotyka się z młodzieżą. Jego kalendarz jest gęsto zapisany, a telefon wciąż zajęty. Telefon Cyli milczy.
– Wciąż wysyłałem do Cylutki listy – opowiada. – Pozostawały bez odpowiedzi. W 1994 roku udało mi się wyjechać do USA, do córki. Alicja informowała Cylę, że przyjadę, chciała doprowadzić do spotkania. Cylutka wstępnie się zgodziła, ale na kilka dni przed moim przyjazdem oznajmiła, że musi pilnie lecieć do wnuków na Florydę.
– Nie udało się spotkać?
– Nie. Będąc w Nowym Jorku wielokrotnie do niej dzwoniłem, nagrywałem się na automatyczną sekretarkę. Bez odzewu. Pewnego przedpołudnia, gdy wiadomo było, że będę sam w domu, zadzwonił telefon. Podniosłem słuchawkę, nikt nie odpowiedział. Ale ja wiem, że to była ona, tak czuję…
– Ponowie był pan w USA w 1998 roku…
– Tak jesienią, przy okazji pracy nad filmem, który kręci o mnie i o Cyli Tomasz Magierski. Magierski wymyślił, że Cyla wyjdzie po mnie na lotnisko. Nie chciała. Bardzo długo się opierała. W końcu uległa.
– Jak wyglądało to spotkanie?
– Tak jakby nie było tych 10 lat milczenia. Wręczyłem jej bukiet z pięćdziesięciu róż. Cylutka bardzo się ucieszyła. Była niezwykle serdeczna, otwarta. Nie zgodziła się bym nocował w hotelu. W jej mieszkaniu przegadaliśmy całą noc.
– Utrzymujecie kontakt?
– Tak. Piszemy do siebie, czasem dzwonimy. Ona nie chce wskrzeszać przeszłości. Mnie wspomnienia nie przeszkadzają…

15

Cyla Cybulska zmarła w 2005 roku. Do śmierci utrzymywała kontakt z Jerzym Bieleckim.


Tego dnia chodziłem z oliwiarką od stanowiska do stanowiska, uzupełniając olej w łożyskach i znalazłem się właśnie na pierwszym piętrze młyna, gdy nagle usłyszałem głos Jorga:
– Podejdź, Jurku, bliżej!
Ujrzałem go stojącego przy oknie i machaniem ręki zachęcającego mnie do podejścia. Postawiłem oliwiarkę na podłodze i zbliżyłem się do kolegi.
– Spójrz! Widzisz tę dziewuszkę? – skinął w kierunku zakrętu drogi. Ujrzałem szczupłą, młodą dziewczynę średniego wzrostu o bujnych, falujących blond włosach, idącą wolno chodnikiem i spoglądającą w stronę młyna.
– Oczywiście, że widzę. A o co chodzi?
– Przypatrz się jej dokładnie. To nasza opiekunka, Helenka.
Nie wiedząc na razie o co chodzi, przyglądałem się idącej dziewczynie, która po kilkunastu jeszcze krokach przystanęła i zawróciła w przeciwną stronę. Gdy znalazła się w zasięgu wzroku na wprost naszego okna, parokrotnie pokazała palcem na ziemię, skinąwszy przy tym głową.
– No, jutro będzie paczka pod rampą – powiedział Jorg. Kiedy zrobiłem zdziwioną minę, pospieszył z wyjaśnieniem:
– Aha, ty pewnie jeszcze nie wiesz, że co jakiś czas dostajemy tu dobre rzeczy od miejscowej ludności: masło, smalec, dżem, cukier, papierosy i sporo innych przysmaków. Organizują to wszystko rodzice Heli i ich bliscy znajomi, a Helenka jest w tej całej akcji łączniczką i nocą podkłada przygotowane paczki pod rampę.
Gdy słuchałem tego z otwartą gębą – dorzucił:
– Nie dziwiło cię nigdy, skąd do klusek czy grysiku bierzemy tłuszcz albo czym słodzimy? Albo skąd nasz stary ma tak dobre papierosy? Powiem ci więcej. Nasi wachmani dostają nawet wódkę, bo przecież jasne, że za frajer nie będą narażać się dla więźniów. W paczce po trochu jest dla wszystkich i wszyscy są zadowoleni.
*
Nazajutrz, zaraz po uruchomieniu młyna, Staszek – Vorarbeiter odwołał jednego z wartowników na stronę, wyjaśniając mu coś na ucho. Potem zeskoczył z rampy i rozejrzawszy się uważnie, przykucnął, i spod schodów wydobył spiesznie zamaskowaną gałęziami sporych rozmiarów paczkę. Szurnął nią po deskach rampy, aż stuknęła o ceglany mury budynku i wyskoczył na górę. Jeden z postów pozostał na zewnątrz młyna, drugi zaś udał się za Staszkiem na dół do maszynowni, aby być przy rozpakowywaniu pakietu i sprawdzić, czy aby nie ma w środku broni. Po paru minutach wartownik wyszedł z przyziemia z butlą w kieszeni i papierosami dla postów, a dla nas pozostała reszta.
Te dary dla esesmanów z góry były wkalkulowane przez ofiarodawców w zawartość paczek, jako haracz zapewniający ich cichą zgodę i milczenie.
Paczki podkładane były dość regularnie co kilka dni i prawie każdorazowo sygnalizowany były z wyprzedzeniem przez Helenkę, a po odbiorze potwierdzane umownym znakiem przez Ryśka, Jorga czy Staszka.
*
Gdy spadł pierwszy śnieg i nastały jesienne, zimne szarugi, prócz żywności zaczęliśmy dostawać swetry, rękawice, ciepłe skarpety, szaliki i inne potrzebne nam nieżywnościowe artykuły. Kiedy pewnego razu odważyłem się zapytać, skąd się to wszystko bierze – skwitowano to życzliwym uśmiechem i dyskretnie wyjaśniono, że okoliczni ludzie chętnie oddają część swych przy działów na rzecz pomocy więźniom. Trzeba tylko zgromadzić to wszystko i oczywiście przekazać dalej. Nie mieliśmy wprost słów uznania i podziwu dla ofiarnej rodziny Sedenków.
*
Pewnego razu Sedenkowa, zwana przez nas „mamuśką”, w czasie ładowania do wiadra przygotowanych dla nas produktów szepnęła mi do ucha:
– Słuchaj, Jurku, napisz parę słów do domu i podaj adres, to prześlemy list do twoich rodziców.
Zatkało mnie z radości, bo wielokrotnie już miałem chęć zwrócić się do nich w tej sprawie, ale zabrakło mi odwagi prosić o to i tym samym narażać na duże ryzyko.
– Więc byłoby to możliwe? – spytałem podniecony.
– Oczywiście – odpowiedziała z uśmiechem.
Nie muszę chyba dopowiadać, że przy następnej okazji doręczyłem odpowiednio spreparowany gryps napisany treściwie i w taki sposób, że nawet w razie przypadkowej kontroli nie mógł wzbudzać większych zastrzeżeń. Już za kilka dni otrzymałem z domu odpowiedź. Mama pisała mi o wielkiej radości, jaką sprawił wszystkim ten list, o rosnącej nadziei na moje przeżycie w obecnych warunkach i o matczynym przeczuciu mojego powrotu. W myśl sugestii zawartych w moim grypsie zwracała się do mnie oczywiście przez „najdroższa Irenko”. W ten oto sposób udało mi się nawiązać bardziej bezpośredni kontakt z domem, niż na to pozwalały obozowe normy.

fragment książki Jerzego Bieleckiego „Kto ratuje jedno życie…”

Filmy

Najnowsze