PIERWSI W AUSCHWITZ
Część pierwsza

14 czerwca 1940 roku hitlerowcy deportowali do nowo utworzonego obozu koncentracyjnego Auschwitz grupę 728 Polaków z więzienia w Tarnowie. Datę tę uważa się za początek istnienia obozu. Tydzień później dołączyło do nich 313 więźniów z Wiśnicza. Noszą najstarsze oświęcimskie numery od 31 do 1071.

Kim byli ci, którzy w pierwszym transporcie trafili do Auschwitz? Polakami. Młodymi ludźmi. Uczniami, studentami, żołnierzami, członkami konspiracyjnych organizacji. Kwiatem polskiej młodzieży. Mieli po 17 – 20 lat i chcieli walczyć o wolną Polskę.

14 czerwca 1940 roku, dworzec w Tarnowie. Załadunek więźniów pierwszego transportu do Auschwitz.
Fot: Archiwum PMA-B.

Stacja I – WALKA

Józef Hordyński, numer obozowy 347:

Studiowałem medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim. W lipcu 1939 roku zostałem powołany na ćwiczenia wojskowe. W Lubaczowie pracowałem przy formowaniu trzech pułków piechoty z powoływanych do służby rezerwistów. Po wybuchu wojny walczyłem w rejonie Rzeszowa. Ostatnie moje walki stoczyłem w okolicy Lwowa. W miejscowości Hołusko Wielkie nadziałem się na kolumnę niemieckich czołgów. Tam zostałem wzięty do niewoli. Całą kolumnę jeńców poprowadzono w kierunku Przemyśla. Marsz trwał prawie trzy dni. Cały czas szukałem okazji do ucieczki. Udało mi się to dopiero w Przemyślu i to z koszar, w których był punkt zborny jeńców polskich. Na przemian pociągiem i pieszo dotarłem do rodzinnego Zakopanego.

Eugeniusz Niedojadło, numer obozowy 213:

Maturę zdałem w 1939 roku. W sierpniu tegoż roku byłem na obozie junackim w Kochłowicach na granicy polsko – niemieckiej. Pracowałem przy budowie fortyfikacji. 2 września wraz z junakami zostałem wcielony do 73. pułku piechoty, z którym brałem udział w kampanii wrześniowej do 13 września. Po rozbiciu pułku pod Zamościem udało mi się uniknąć niewoli; w cywilnym przebraniu wróciłem do Tarnowa.

Józef Stós, numer obozowy 752:

W sierpniu 1939 roku pojechałem na obóz harcerski koło Cetniewa nad morzem. Byłem zastępowym. Gdy wróciliśmy do domów, mundury harcerskie zamieniliśmy na mundury Przysposobienia Wojskowego. Zgłosiliśmy się do ochotniczej Służby Wojskowej Pomocniczej. Ciągła ucieczka, poszukiwania polskiej armii. Wołyń, Lwów, sowiecka niewola, z której podstępnie udało mi się załatwić zwolnienie. Długo przedzierałem się do Brzeska, do Okocimia, do domu…

 Jerzy Bogusz, numer obozowy 61:

Latem 1939 roku byłem kandydatem na studenta Politechniki Lwowskiej. Pamiętam przerażający widok niemieckich czołgów i apel do młodzieży akademickiej: Opuśćcie Lwów! Kierujcie się do Rawy Ruskiej. Tam przewidziana jest koncentracja wojsk i ochotników. I późniejszą wędrówkę do Żółkwi, na zachód, pomiędzy oddziałami cofających się wojsk niemieckich i postępującymi za nimi – sowieckich. Ten wąski pas, którym szedłem do Sanu, to była dla mnie ostatnia „tamta Polska”. Pod Jarosławiem przekroczyłem San i wszedłem do niemieckiej strefy okupacyjnej, do Generalnego Gubernatorstwa.

Kazimierz Tokarz, numer obozowy 282:

Brałem udział w Wojennym Pogotowiu Harcerskim jako komendant odcinka obrony przeciwlotniczej. Po wkroczeniu do Polski wojsk sowieckich walczyłem jako żołnierz w polskim pociągu zmierzającym z pomocą dla oblężonego Lwowa. Dostałem się do niewoli sowieckiej, a następnie niemieckiej. Uciekłem. Jakoś przedarłem się do rodzinnego Jarosławia.

Józef Hordyński, numer obozowy 347:

Ukrywałem się w Zakopanem. Później Kazimierz Schiele zaopatrzył mnie w legitymację Sekcji Narciarskiej Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. Znów zacząłem jeździć na nartach. Bardzo często jeździłem na hali Gąsienicowej ze Staszkiem Marusarzem, który już w tym czasie prowadził aktywną działalność kurierską – odbierał paczki z Węgier dla polskiego ruchu oporu i sam woził przesyłki na Węgry. Niejednokrotnie pomagałem mu w tej robocie.

Jerzy Bogusz, numer obozowy 61:

Powrót do rodzinnego Nowego Sącza. Pięć miesięcy żyję w okupowanym mieście, w którym powstają pierwsze zalążki konspiracji skierowanej głównie na działania w ogniwach ułatwiających przemyt licznych ochotników polskich – przez Słowację i Węgry – do organizowanych we Francji polskich formacji wojskowych.

14 czerwca 1940 roku, Tarnów. Przemarsz pierwszego transportu na dworzec.
Fot: Archiwum PMA-B.

Stacja II – NIEWOLA

Jerzy Bielecki, numer obozowy 243:

Wraz z kolegami przedzierałem się na Węgry, skąd zamierzałem dotrzeć do polskiej armii formującej się we Francji. Zostałem aresztowany. Z więzienia w Nowym Sączu przewieziono mnie do Tarnowa.

Kazimierz Albin, numer obozowy 118:

Cały czas śledziłem rozwój wypadków na Węgrzech, ciągle studiowałem i wyznaczałem szlaki przez Słowację. W domu zakomunikowałem o wyprawie. Zdziwiło mnie jedynie stanowisko starszego brata, który dotąd nie zdradzał zamiaru opuszczenia domu. Mietek oświadczył mi krótko: – Kazek, idziemy razem.

Zostaliśmy aresztowani na Słowacji.

Marian Kołodziej, numer obozowy 432:

Przed wojną działałem w harcerstwie. Po klęsce wrześniowej chciałem razem z kolegami przedostać się do Francji, do Sikorskiego i walczyć. Skończyło się w więzieniu na Montelupich w Krakowie. Dzień przed przerzuceniem za granicę Gestapo zgarnęło całą grupę z punktu zbornego przy Garbarskiej.

Eugeniusz Niedojadło, numer obozowy 213:

W Tarnowie natychmiast zaangażowałem się w pracę konspiracyjną w kręgu harcerskim przynależnym wówczas do Związku Walki Zbrojnej. To między innymi było przyczyną mojego aresztowania.

Kazimierz Tokarz, numer obozowy 282:

W Jarosławiu związałem się z organizacją konspiracyjną „Orzeł Biały”. 7 maja 1940 roku zostałem aresztowany przez gestapo i przewieziony do więzienia w Tarnowie.

Józef Hordyński, numer obozowy 347:

W Zakopanem było coraz niebezpieczniej. Postanowiliśmy ze Staszkiem Marusarzem przedostać się na Węgry. Na Hali Pysznej nadzialiśmy się na patrol niemieckiej straży granicznej i trzeba było znowu uciekać. Aresztowany zostałem w swoim mieszkaniu przy ulicy Witkiewicza numer 3 chyba 14 maja 1940 roku. Łącznie Niemcy uwięzili wówczas w Zakopanem około 70 osób. Wśród nich Bronka Czecha, Franciszka Lachowicza, Mariana Kwaśniewskiego (zginął w Dachau), kierownika sekcji gimnastycznej zakopiańskiego „Sokoła” Jana Chmurę, Karola Cebulę.

Józef Stós, numer obozowy 752:

Z pozoru niewinne przesłuchania: gimnazjum, uciekinierka, dlaczego tak późno wróciłem? Powiedziałem, że byłem w niewoli po stronie sowieckiej i zostałem jako uczeń zwolniony. Niemcy nie uwierzyli. Uznali, że skoro zostałem zwolniony, to jako sowiecki agent. Zamknęli mnie w więzieniu w Tarnowie.

Józef Hordyński, numer obozowy 347:

Gestapowcy przyszli po mnie około piątej rano i zabrali do dawnego sanatorium „Palace”. Krótkie przesłuchanie, długie bicie. Zarzucano mi nielegalny przerzut ludzi przez Tatry oraz to, że byłem podchorążym i nie zgłosiłem tego faktu na gestapo. Po dziesięciu dniach w katowni „Palace” przewieziono mnie do więzienia w Tarnowie.

14 czerwca 2005, Oświęcim. Rocznica deportacji pierwszego transportu. Od lewej: Józef Stós (nr 752), Janusz Młynarski (nr 355), Jerzy Wojnas (nr 249), Kazimierz Zając (nr 261) i Józef Hordyński (nr 347).
Fot. Archiwum Auschwitz Memento

Stacja III – WIĘZIENIE

Jerzy Bielecki, numer obozowy 243:

W tarnowskim więzieniu przyjęto nas bez specjalnego powitania. Strażnicy mówiący po polsku rozprowadzili nas po celach bez krzyków i bicia. Mnie i Stacha umieszczono w celi na pierwszym piętrze, było nas tam dwudziestu czterech. Prycze były piętrowe, ale trochę wygodniejsze niż w Nowym Sączu. Jedzenie było nieco lepsze, lecz ilościowo takie samo. Dyscyplina okazała się znacznie łagodniejsza. I, co chyba najważniejsze, mieliśmy świadomość, że przynajmniej niespodziewanie nie wywiozą nas na rozwałkę.

Kazimierz Albin, numer obozowy 118:

Było to już czwarte z kolei moje więzienie. Obszerne korytarze, ogromna liczba cel na trzech kondygnacjach, przed nimi krużganki na piętrach zabezpieczone stalową siatką. Wszystko to robiło imponujące wrażenie. Prócz nielicznych przestępców kryminalnych, pełniących tu różne funkcje pomocnicze, więzienie przeładowane było więźniami politycznymi. W ostatnim okresie zjechało do Tarnowa wiele transportów „zbrodniarzy” politycznych ze wszystkich więzień podkarpackich – z Sanoka, Jasła, Rzeszowa, Nowego Sącza, Nowego Targu, Zakopanego, Wiśnicza, Brzeska, a nawet Montelupich.

Józef Stós, numer obozowy 752:

W więzieniu byłem po raz pierwszy w życiu. Nigdy nie zastanawiałem się, jak może i powinno wyglądać miejsce odosobnienia. A co dopiero, jak się tu należy zachować, jak zachowywać się przy przesłuchaniach… Gdy mnie przywieźli, oddział naprzeciwko mnie był pusty. Szybko jednak zapełnił się transportami z Sanoka i Nowego Sącza.

Kazimierz Albin, numer obozowy 118:

Osłabieni z głodu, godzinami leżeliśmy bez ruchu na pryczy wpatrzeni w jakiś punkt na suficie. Najprzyjemniejszym zajęciem było bicie wszy. Życie w takich warunkach stawało się coraz bardziej uciążliwe.

Marian Kołodziej, numer obozowy 432:

W tarnowskim więzieniu dawano nam do jedzenia końskie mięso. W moim rodzinnym domu nigdy nie jadło się końskiego mięsa. Polska tradycja na to nie pozwalała. Nie jadłem go więc; mimo głodu.

Kazimierz Tokarz, numer 282:

Najbardziej dokuczliwy był głód. Nie otrzymywaliśmy początkowo żadnej pomocy spoza murów więziennych. Młode organizmy domagały się jedzenia. Nie mieliśmy możliwości skontaktowania się z rodzinami, aby dać znać, gdzie przebywamy. Kazio Gęgała zorganizował turniej szachowy, wypisywał codziennie wyniki spotkań. W ten sposób zachęcał do zajęcia się grą, aby zapomnieć o głodzie i utracie wolności. Jako podchorąży rezerwy wprowadził też w naszej celi rygor wojskowy. Przed posiłkiem i porannym apelem modlitwa „Kiedy ranne wstają zorze” i wieczorem przed spaniem „Wszystkie nasze dzienne sprawy”. Taki rygor zapobiegał rozluźnieniu naszego morale. Na pewno to miało dla nas wielkie znaczenie.

Józef Hordyński, numer obozowy 347:

W czteroosobowej celi było nas pięciu: ja, Marian Harapiński, numer 597 (zginął 10 stycznia 1941 roku), Karol Cebula, numer 598 (wywieziony później do Dachau, przeżył), Jan Krzysiak, numer 106 (został zwolniony z obozu latem 1941 roku) i Bronek Czech, numer 349 (zginął w czerwcu 1944 roku). Prym wiódł Bronek, który z okruchów chleba, z miękuszki wyprodukował materiał, z którego wyrzeźbił figury szachowe. W szachy graliśmy co najmniej dwa tygodnie.

Kazimierz Tokarz, numer obozowy 282:

Ktoś z naszej celi nawiązał kontakt ze strażnikiem, młodym Ukraińcem, który kupił nam kartki pocztowe. Napisaliśmy do rodzin. W archiwum rodzinnym zachowała się kartka wysłana 14 maja 1940 z tarnowskiego więzienia: „Jesteśmy, Więzienie Tarnów, ul. Konarskiego. Cela numer 51, parter. Prosimy o chleb, tłuszcz i sacharynę, paczki można wysyłać pocztą lub osobiście w sobotę do 12-tej.”

Józef Hordyński, numer obozowy 347:

Z okresu pobytu w więzieniu najbardziej zapadła mi w pamięć siostra Bronka Czecha, Stanisława. Była to bardzo odważna dziewczyna. Pomimo dużego niebezpieczeństwa, przyjeżdżała z Zakopanego, podchodziła pod same mury od strony cmentarza i Bronek zdołał jej przerzucić kilka grypsów. Innej osoby, która by się tak bardzo narażała i ryzykowała – nie pamiętam.

Józef Stós, numer obozowy 752:

Gorsze od głodu i nudy były brutalne, wielokrotne przesłuchania. To była prawdziwa katorga. Wobec tych mąk naszym marzeniem stał się zapowiadany wyjazd na roboty rolne do Niemiec. Oczywiście, w ślad za inżynierami i profesorami z Mościc, których rzekomo wcześniej przed nami tam wysłano. Pogłoska w końcu nabrała realnych kształtów.

Stacja IV – ŁAŹNIA

Jerzy Bielecki, numer obozowy 243:

Trzynastego czerwca już przed południem wybuchła „bomba”: szykują transport! Z naszej celi wyczytano prawie połowę aresztantów. Ruch był w całym więzieniu przez parę godzin. Wszystkim wyczytanym kazano przygotować się do opuszczenia cel późnym popołudniem. Zaczęliśmy porządkować swoje prycze. Tego dnia kolację wydano znacznie wcześniej i zaraz potem zaczęto wyprowadzać na plac grupki ludzi z poszczególnych cel. Trwało to dosyć długo, ponieważ prawie każdy z więźniów posiadał jakiś depozyt, który należało pobrać w dyżurce i pokwitować.

Kazimierz Zając, numer obozowy 261:

Kiedy już zgromadzono nas na dziedzińcu i ustawiono w szyku, otoczył nas duży oddział uzbrojonych żandarmów. Potem załadowano nas na samochody i przewieziono pod żydowską łaźnię.

Józef Stós, numer obozowy 752:

Do łaźni przyprowadzono nas 750. Mówiono, że mamy rzekomo jechać do Rzeszy na roboty rolne. Może to i lepiej, choć niedobrze, że z dala od swoich zastanie nas koniec wojny, myśleliśmy. Nie wierzyliśmy w podawane przez Niemców informacje o nieuchronnej klęsce Francji.

Jerzy Bielecki, numer obozowy 243:

Gdy straże obstawiły dokoła łaźnię, wpuszczano nas kolejno do środka i po raz pierwszy od czasu aresztowania pozwolono wszystkim na dowolne korzystanie z błogosławionej wody, której było tu wreszcie pod dostatkiem.

Józef Stós, numer obozowy 752:

W łaźni były dwa baseny – jeden z zimną, drugi z ciepłą wodą. Żandarmi wpędzali nas na przemian to do jednego, to do drugiego i świetnie się przy tym bawili. Może było to i dobre hartowanie, lecz dla nas bardzo uciążliwe.

Kazimierz Albin, numer obozowy 118:

Popędzono nas na pierwsze piętro do obszernej sali, gdzie – po obfitej kolacji zorganizowanej przez dobroczynny komitet – mieliśmy spędzić noc. Gęsta kasza z mięsem okraszona słoniną zaspokoiła apetyty największych żarłoków. Potem pokładliśmy się na podłodze jak baszowie, syci i odurzeni kąpielą.

Jerzy Bielecki, numer obozowy 243:

Licht aus! – wrzasnął jeden z gestapowców. – Kłaść się i żadnych rozmów więcej! Jeśli ktokolwiek nie podporządkuje się rozkazowi, zostanie zastrzelony! Pokotem zalegliśmy na posadzce. Wyłączono światło. Zapanowała ciemność.

Ciąg dalszy nastąpi…