PIERWSI W AUSCHWITZ
Część czwarta

Stacja XII – KWARANTANNA

Były niemiecki obóz koncentracyjny Auschwitz, 14 czerwca 2005 roku. Od lewej: Józef Stós (nr 752), Janusz Młynarski (nr 355), Jerzy Wojnas (nr 249), Kazimierz Zając (nr 261), Józef Hordyński (nr 347) i Kazimierz Piechowski (nr 918).
Fot. Archiwum Auschwitz Memento

Jerzy Bielecki, numer obozowy 243:

Mija parę dni. Wszystkie podobne do siebie. Wszystkie zaczynają się i kończą rutynowym apelem. Przywykamy do bicia, do kapów i esesmanów, esesmani przyzwyczajają się do nas. Niemcy konsekwentnie dążą do bezwzględnego podporządkowania więźniów niszczycielskiemu systemowi. Chcą w najkrótszym czasie zrobić z nas bezwolne automaty reagujące tylko na niemiecką komendę. Robią wszystko, aby za wszelką cenę wyrugować, wypruć z nas jakąkolwiek nadzieję na lepsze jutro.

 Kazimierz Albin, numer obozowy 118:

Dni płyną wolno, odmierzane przedpołudniową i poobiednią porcją ćwiczeń w upale dochodzącym do trzydziestu stopni, urozmaicanych wymyślnymi szykanami znudzonych oprawców. Stopniowo tracę siły. Ogarnia mnie apatia, tylko największym wysiłkiem woli zmuszam się do wykonywania ćwiczeń, ale obolałe ciało odmawia posłuszeństwa.

Jerzy Bielecki, numer obozowy 243:

Zmęczeni ludzie coraz bardziej przypominają gromadę obłąkańców – wcześniej czy później – przeznaczonych na wykończenie. Twarze wychudły i poczerniały, oczy zapadły głęboko, wyrażając tylko smutek i utajony lęk. Codzienny „sport” zabiera resztki sił rujnując nadwątlone zdrowie. Bywają dni, w których od samego rana dziesiątki omdlałych i wyczerpanych doszczętnie ludzi zalegają plac ćwiczeń. Nie skutkują już ani przekleństwa, ani bicie pałkami. Krańcowe wyczerpanie działa jak środek znieczulający na wszelkie stosowane represje.

Józef Hordyński, numer obozowy 347:

Dnie całe to jedna kaźnia. Od 4-tej godziny rano do 8-mej wieczorem w powietrzu unoszą się klątwy niemieckie i rozlegają odgłosy uderzeń kija i pięści. Niemcy, zawodowi bandyci, którzy pomagają esesmanom, otrzymują specjalne instrukcje, jak się mają obchodzić z więźniami politycznymi, Polakami. Mogą nas bić a nawet mordować i nie będą przed nikim za to odpowiedzialni.

Marian Kołodziej, numer obozowy 432:

Pierwszy okres w obozie jest szalenie trudny. Czy człowiek jest na tyle przygotowany psychicznie, żeby się nie załamać i nie rzucić na druty? Nie odważyłbym się wyrokować, co potworniejsze – tragedia więźnia umierającego przez pięć długich lat, czy człowieka ginącego w nieświadomości – od razu. Nie dopuszczam nawet myśli o ważeniu tego dylematu.

Jerzy Bielecki, numer obozowy 243:

Esesman, zwany już przez nas „Fajeczką”, dochodzi do kunsztu w stosowaniu najwymyślniejszych tortur. Codziennie rano z dokładnością zegarka jako Blockführer kwarantanny pojawia się wewnątrz obozu i rzadko opuszcza go przed nastaniem ciemności. Wyższa szarża bywa tu sporadycznie. Jedynie Lagerführer Fritzsch i jego zastępca Mayer odwiedzają obóz codziennie, głównie w czasie apeli.

Pewnego dnia Mayer nakazuje po apelu wystąpić na prawe skrzydło wszystkim słabym i chorym. Ludzie naprawdę poturbowani ryzykują w nadziei uzyskania pomocy. Wielu ma już otwarte porażenie skóry i fatalnie opuchłe głowy, nie wymieniając już chorych z różnymi skaleczeniami. Oficer zarządza specjalny pokaz „sportu”. „Widowisko” kończy się, kiedy co najmniej połowa chorych leży pokotem na placu. Gdy Mayer ponownie zapyta o stan zdrowia, nikt więcej nie wystąpi.

Józef Hordyński, numer obozowy 347:

Po tygodniu wszyscy są u kresu sił. Nie ma widoku na polepszenie. Druty stoją nieubłagane a z budki strażniczej świecą wyloty luf i srebrne trupie czaszki na furażerkach i kołnierzach esesmanów.

Kazimierz Tokarz, numer obozowy 282:

Kierownik obozu każe Mietka Nuckowskiego umieścić w piwnicy a esesmani stosują „kurację”, bijąc go bez przerwy przez cały dzień. Z okna piwnicy dochodzą do nas nie jęki, ale wycie z bólu. Kuracja ta trwa kilka dni i nocy. Mietek nie wraca już do zdrowia. Umiera po kilku tygodniach pobytu w obozie.

Kazimierz Albin, numer obozowy 118:

Kombinuję, jak wymigać się od codziennej katorgi. Okazja nadarza się wkrótce. Trafiam do izby chorych. Niebawem dołączają do mnie brat Mietek i Tadzio Zaleski, obydwaj bliscy wykończenia. Są przygnębieni, opowiadają, że młodzi więźniowie są już u kresu wytrzymałości, natomiast starzy padają jak muchy, a są wśród nich ludzie o dużym autorytecie, jak posłowie ludowi dr Józef Putek z Wadowic i Antoni Bodziony z Nowego Sącza. My tymczasem regenerujemy siły, smarujemy ciała cuchnącą maścią dziegciową i cieszymy się życiem, a raczej cieszymy się, że jeszcze żyjemy.

Kazimierz Tokarz, numer obozowy 282:

Któregoś wieczoru po ćwiczeniach sportowych wywołują księży katolickich i zakonników oraz Żydów. Esesmani polecają Żydom (było ich 3 lub 4) wejść na orzech, duchownym kościelnym zaś stać pod orzechem. Mają śpiewać psalmy. Widowisko nie udaje się esesmanom i kapo, bo – pomimo bicia i straszenia – ani księża, ani Żydzi nie wykonują polecenia.

Józef Hordyński, numer obozowy 347:

Szybko, szybko, jeszcze szybciej. Obiad nie zawsze zdąży się zjeść. Bez łyżek wlewa się z menażki gorącą strawę w usta i biegiem pędzi na plac na dalszy „sport”. Kolacja – 300 g chleba i wyciąg z jakichś zielsk, które nazywają herbatą. Rano tylko „herbata”. O myciu nie ma mowy. Z potrzebą tylko w czasie przerwy obiadowej, podczas której nawet obiadu nie zdąży się zjeść. A na ten cel tylko jedno miejsce dla wszystkich.

Były obóz Auschwitz, 2006: Józef Hordyński (nr 347), Janusz Kurtyka, prezes Instytutu Pamięci Narodowej i Bogdan Wasztyl.
Fot. Archiwum Auschwitz Memento
Auschwitz 1940, rozbudowa obozu.
Fot. Archiwum PMA-B

Stacja XIII – PRACA

Kazimierz Albin, numer obozowy 118:

20 czerwca przybywa transport liczący 313 osób, więźniów Wiśnicza i Montelupich. Nasi oprawcy muszą się zająć nowymi, toteż całe popołudnie jest wolne od ćwiczeń. Przyjęcie na rampie gotują im podobne jak nam przed tygodniem, z tym że prowadzą cały transport do właściwego obozu, omijając kwarantannę. Jesteśmy oburzeni na tę niesprawiedliwość, słyszeliśmy bowiem, że w obozie nie stosuje się morderczego sportu, lecz obowiązuje praca, która – wydaje się nam – nie da się porównać z tym, do czego nas zmuszają.

Kazimierz Tokarz, numer obozowy 282:

Więźniowie z Wiśnicza na powitanie dostają po 25 batów.

Jerzy Bielecki, numer obozowy 243:

Któregoś dnia po apelu Niemcy wybierają kilkunastu lepiej wyglądających więźniów i wyprowadzają ich do pracy poza druty. Dowiadujemy się od nich, że w dawnych koszarach, niedaleko stąd, porządkują budynki, do których mamy być przeniesieni. Słuchamy tych opowieści z nadzieją na rychłe polepszenie naszego losu. Wiadomość o nowym transporcie z Wiśnicza bardzo podnosi nas na duchu. Im więcej będzie nas tu, w obozie, tym łatwiej chyba będzie przeżyć.

Józef Stós, numer obozowy752:

Wreszcie zaczynają brać do pracy. Po około dwóch tygodniach topnieje liczba więźniów na kwarantannie, wyciągają fachowców, dochodzą małe transporty głównie ze Śląska.

Józef Hordyński, numer obozowy 347:

Jako jednemu z pierwszych udaje mi się stamtąd wyrwać do pracy. Trafiam do komanda donosicieli wody do kuchni obozowej. Przy okazji zawsze coś można zjeść. Któregoś dnia na apelu Palitzsch ogłasza, że mają wystąpić ci, którzy są lub mogą być sanitariuszami. Natychmiast się zgłaszam. Dostaję się do organizującego się szpitala obozowego w obecnym bloku 20. Moim bezpośrednim szefem jest Hans Bock, numer obozowy 5. W szpitalu jest jeszcze Stefan Pizło numer 333, lekarz. W sumie nas, sanitariuszy, jest około 10. Między innymi: Czesiek Sowul, Kwoka, Walentowicz, Sieniawski, Eugeniusz Obojski, Kazek Szczerbowski, Loen Głogowski, lekarz i Szary.

Józef Stós, numer obozowy752:

Komanda z obozu wychodzą i wracają. Później gdzieś zostają. Wygradzają bloki. Najpierw obóz i bloki 1 – 6, później kwarantannę II – bloki 14 – 16. Nasza trójka czeka, co los postanowi. Nie zgłaszamy się nigdzie. Najczęściej pracujemy w magazynie – Effektenkammer. Nie jest to jednak praca stała.

Oświęcim, czerwiec 2006. Przed budynkiem dawnego Monopolu, w którym Niemcy umieścili pierwszy transport Polaków. Od lewej: Józef Szajna (nr 18729), Jerzy Bielecki (nr 243), Jerzy Bogusz (nr 61), Kazimierz Zając (nr 261), Józef Paczyński (nr 121), Józef Hordyński (nr 347), Roman Trojanowski (nr 44), Jan Dudzik (nr 303), Michał Ziółkowski (nr 1055), Józef Stós (nr 752) i Wojciech Drewniak (nr 415).
Fot. Archiwum Auschwitz Memento
Dworzec w Tarnowie, czerwiec 20015. Kazimierz Albin (nr 118) i Janusz Młynarski (nr 355).
Fot. Archiwum Auschwitz Memento

Stacja XIV – KL AUSCHWITZ I

Jerzy Bielecki, numer obozowy 243:

Po przeszło dwutygodniowym pobycie w tym piekle, rozkazem komendanta Hößa, mamy być przeniesieni do obszernego, nowoutworzonego obozu. Łzy radości pojawią w oczach wymizerowanych ludzi, kiedy rano następnego dnia pod silną eskortą wartowników będziemy opuszczać miejsce dotychczasowej udręki.

Kazimierz Albin, numer obozowy 118:

Zatrzymujemy się przy olbrzymiej, żelaznej bramie. Przeliczeni przez esesmana wkraczamy do obozu.

Jerzy Bielecki, numer obozowy 243:

Ceglane, masywne budynki, w większości parterowe, stoją rzędami wzdłuż krótszych boków dużego, okolonego drutami placu. Część ogrodzonej dodatkowo zabudowy – cel naszej przeprowadzki – obejmująca sześć bloków, usytuowana jest po lewej stronie. Wokół widać grupy więźniów w pasiakach pracujących w gorączkowym pośpiechu. Przeliczają nas i eskorta odmaszerowuje do koszar. W nowym obozie pozostają z nami kapowie i kilku esesmanów.

Józef Stós, numer obozowy 752:

Zdejmujemy podarte ubrania i przepoconą bieliznę. Segregujemy to i związujemy w ciasny węzełek. Węzełki te oddaje się przy stoliku, gdzie wypisują nasze nazwiska i numery na kartkach papieru załączonych do naszych ubrań. Po tych czynnościach przychodzi kolej na kąpiel w prowizorycznej łaźni. Szkoda tylko, że odbywa się ona bez mydła i w sprinterskim tempie. Potem ustawiają nas w kolejce po bieliznę i drelichowe pasiaki. Obuwia nie wydają. Byłoby jeszcze pół biedy z tym całym karambolem, gdyby nie złośliwość przydzielającego. Najczęściej rosłemu mężczyźnie daje prawie chłopięce ubranie, niskiemu zaś chuderlakowi dużą, obszerną odzież.

Józef Hordyński, numer obozowy 347:

Ci, którzy już skończyli „kwarantannę”, dostają ubiór więzienny, bieliznę i drelich w pasy pionowe. Na piersiach i na spodniach z prawego boku trzeba przyszyć trójkąt, oznaczający rodzaj „przestępstwa” i numer, jakim zostało się oznaczonym. Więźniowie polityczni noszą trójkąty czerwone, zawodowi przestępcy – zielone, uchylający się od pracy – czarne. Obuwia żadnego nie dali aż do zimy.

Jerzy Bielecki, numer obozowy 243:

Po wieczornym apelu ze zdziwieniem wracamy do bloku, nie dowierzając jeszcze, że obeszło się dziś bez „sportu” i śpiewania. Wydawanie kolacji idzie gładko i sprawnie, otrzymuję nawet dolewkę. Tego wieczoru jestem pełen nadziei. Zamieciono w sztubie podłogę, rozłożono sienniki i rozdzielono koce. Pierwszy raz w obozie spędzam wreszcie spokojną noc.

Marian Kołodziej, numer obozowy 432:

Znoszą w obozie normalny krok, a zaprowadzają bieg. Wszystko szybko i jeszcze szybciej, bo zawsze zbyt wolno. Zawsze biegiem. Trzeba biegać z próżną taczką i pełną taczką, kto ustaje, temu kapo wymierzają grubym kijem 25 batów. Kara ta staje się najpospolitszą. Za drobne przewinienie 25 batów. Karani stają na granicy życia i śmierci.

Józef Hordyński, numer obozowy 347:

W jednym z bloków w piwnicy umarł Żyd. Bock posyła mnie i Cześka Sowula po zwłoki. Mamy je wynieść do krematorium. W krematorium natykamy się na 12 trupów w polskich mundurach. Dostrzegam generalską czapkę i czapkę pułkownika. Wśród zabitych są też major, kapitan i porucznicy. Ciała leżą w przedsionku, na prawo od wejścia do krematorium, w pomieszczeniu, w którym parę razy wystawiano zwłoki na pokaz dla rodzin. Z ułożenia ciał – twarzą do posadzki – wynika, że zostali zastrzeleni.

Józef Stós, numer obozowy752:

My, po otrzymaniu urządzenia do dezynfekcji, znajdujemy już stałe zatrudnienie, gdy likwidują w tym budynku kwarantannę, aby ją przenieść do nowo wygrodzonych bloków (dzisiejsze bloki 19, 20, 21). Po ucieczce Wiejowskiego wybrany jako jeden z trzydziestu na rozstrzelanie wracam do budynku „Monopolu”, aby w połączeniu z resztą wybranych przygotować obiekt dawnej kwarantanny II do dezynfekcji – gazowania. Sam pobyt na kwarantannie II to zupełnie inny temat. Udaje mi się przeżyć, więc wszystko „dobrze” się kończy.

Józef Hordyński, numer obozowy 347:

W końcu zamiast sanitariuszem zostaję nosicielem zwłok tzw. Leichentragerem.

Marian Kołodziej, numer obozowy 432:

Do końca 1941 roku nie tatuuje się numerów, więc Leichentragerów obowiązuje następujący porządek: napluć na pierś zmarłego, kopiowym ołówkiem napisać jego numer, wrzucić do skrzyni (4 ciała), zabezpieczyć skrzynię wiekiem, ponieważ krematorium znajduje się za drutami obozu, umożliwić straży przy bramie kontrolę bagnetem przez otwory w skrzyni, czy nie próbuje się przemycić wśród zwłok żywego więźnia poza lager, w pomieszczeniu numer jeden – po otwarciu skrzyni – trupy należy rzucić na stertę zwłok…

Eugeniusz Niedojadło, numer obozowy 213:

To właściwy obóz koncentracyjny, który – jak nam zapowiedział Fritsch – ma być już na zawsze ojczyzną Polaków.

Marian Kołodziej, numer obozowy 432:

Obozu nie da się opowiedzieć dosłownie. Bo obóz to nie tylko bicie, zabijanie pracą ponad siły, powolna śmierć fizyczna, ciągły głód, wszy. To również ciche, wewnętrzne nie, bunt na swoją miarę, trwanie na przekór wszystkiemu.

EPILOG

Więźniowie z pierwszego transportu tworzyli struktury przyszłej administracji obozowej, w której pełnili ważne funkcje, zakładali obozowy ruch oporu i aktywnie w nim uczestniczyli. Z upływem czasu ludzie z numerami obozowymi składającymi się z trzech cyfr budzili szacunek nie tylko wśród pozostałych więźniów, ale także wśród esesmańskiej załogi. Cechowali się oni niezwykłymi wręcz solidarnością i koleżeństwem.

                Wieloletni pobyt w obozach koncentracyjnych poczynił wśród nich straszliwe spustoszenia. Marian Kołodziej po wywiezieniu z Auschwitz był więziony także w Gross Rosen, Buchenwaldzie, Sachsenhausen, Mauthausen i Ebensee, gdzie 6 maja 1945 roku został wyzwolony przez Amerykanów. Ważył 36 kilogramów.

                Większość spośród 728 pierwszych więźniów Auschwitz nie miała tyle szczęścia. Wojnę przeżyło tylko około 298 z nich. Ostatni, Kazimierz Albin – zmarł w lipcu 2019 roku.

                Obozowe przyjaźnie wzmocnione traumatycznymi przeżyciami przetrwały dziesiątki lat. Rozrzuceni po świecie korespondowali z sobą i – kiedy tylko mogli – spotykali się. W pierwszej połowie lat 80. ubiegłego wieku, jeden z nich, architekt Józef Stós, wybudował kościół w Złotej. Ówczesny proboszcz tej parafii, ks. prałat Franciszek Korta poświęcił jedną z kaplic Polakom – więźniom niemieckich obozów koncentracyjnych. Szybko z inicjatywy Józefa Stósa i proboszcza Korty Złota stała się miejscem tradycyjnych spotkań byłych więźniów KL Auschwitz z pierwszego transportu. Każdego roku odprawiana była msza święta w intencji ofiar obozów koncentracyjnych a później w miejscowej remizie odbywało się skromne przyjęcie, przypominające swą atmosferą wiejskie wesele.

Ci, którzy mieli okazji uczestniczyć w takich spotkaniach i widzieli roześmianych, rozbawionych, tańczących – mimo swych ponad osiemdziesięciu lat, licznych chorób i piętna Auschwitz – staruszków, twierdzą, że już wiedzą, jak wygląda tryumf życia nad śmiercią.

Tekst powstał na podstawie rozmów z byłymi więźniami z pierwszego transportu do Auschwitz, ich relacji i wspomnień.