PROJEKTY
Auschwitz Memento
podroze-z-pileckim
cena-wolnosci-baner
lustro
glosy-z-auschwitz
sosienki
ucieczka-z-auschwitz
projekt pilecki wspomoz

pogiewontem logo
piasnica logo
siostrzyczka logo
listonosz logo

 

 

Vinaora Nivo Slider 3.xVinaora Nivo Slider 3.xVinaora Nivo Slider 3.xVinaora Nivo Slider 3.xVinaora Nivo Slider 3.xVinaora Nivo Slider 3.x
Zapomniani bohaterowie wychodzą z cienia
Europa nie może nie wiedzieć, Polska musi pamiętać
Opowieść o wyborach dokonywanych przez człowieka w obliczu ważnych wydarzeń historycznych
Film dokumentalny opowiadający o zapomnianej zbrodni w Lasach Piaśnickich
Film dokumentalny opowiadający o losach mieszkańców Oświęcimia i okolic w czasie niemieckiej okupacji
Historia niezwykłej przyjaźni Polki i Żydówki, która nawiązała się, gdy jako dzieci były więźniarkami KL Auschwitz

Zmarł Józef Stós. Były więzień KL Auschwitz, nasz Wielki Przyjaciel

13418870 1193061947385219 4094582225553444818 nBogdan Wasztyl, Dyrektor Rady Programowej Stowarzyszenia Auschwitz Memento o tej nieszablonowej postaci:

To rzeczywiście bardzo symboliczne. Józio - przyjaźniliśmy się od wielu lat - jest jednym z tych, dzięki którym pamięć o I transporcie Polaków do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz przetrwała. Jeszcze w czasach PRL-u jako architekt zaprojektował kościół z Złotej pod Tarnowem i nadzorował jego budowę. W kościele tym powstała kaplica poświęcona więźniom I transportu. Przez lata społeczność Złotej podejmowała gościnnie byłych więźniów Auschwitz i ich rodziny, kiedy ci zjeżdżali się co roku do Tarnowa 13 czerwca, by wspominać kolegów i upominać się o prawdę o Auschwitz. Józio był zawsze organizatorem i dobrym duchem tych spotkań. Był też sygnatariuszem licznych listów do Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i najwyższych władz III RP z apelem o ustanowienie 14 czerwca Narodowym Dniem Pamięci o ofiarach niemieckich, nazistowskich obozów koncentracyjnych i zagłady. Apele te, ignorowane przez lata przez polskie władze, przyniosły efekt dopiero w 2006 roku, kiedy Józio wraz z żyjącymi jeszcze więźniami z I transportu do Auschwitz zagrozili pikietą pod Sejmem i okupacją historycznego budynku, w którym umieszczono I transport. Józio był człowiekiem z zasadami i wiernym zasadom, ale miał też ogromne poczucie humoru. Mam przed oczami karykaturę Józia wykonaną ręką mistrza Józefa Szajny, przyjaciela Józia z czasów Auschwitz. Nikt tak dobrze jak Szajna w kilku kreskach nie uchwycił osobowości Józia. Odszedł od nas skromny człowiek, ale wielki Polak. Cześć Jego pamięci!

Pogrzeb odbędzie się 18 czerwca, o godzinie 13.30 w Kościele Parafialnym w Okocimiu.

Stós Józef (numer obozowy 752) urodzony 15 marca 1921 roku w Okocimiu. W latach szkolnych był harcerzem i członkiem Stowarzyszenia Młodzieży Katolickiej - Sodalicji Mariańskiej. W 1939 roku mundur harcerski zamienił na mundur przysposobienia wojskowego i zgłosił się, jako ochotnik do Służby Wojskowej Pomocniczej. Wzięty do niewoli sowieckiej, po udanej ucieczce powrócił do Okocimia. 3 maja 1940 roku został aresztowany przez gestapo, jako zakładnik i osadzony w więzieniu w Tarnowie, skąd 14 czerwca 1940 roku pierwszym transportem był deportowany do KL Auschwitz. Ciężko chory przeżył tylko dzięki pomocy kolegów. Sam też pomagał innym. 28 października 1944 roku wywieziony do obozu w Oranienburgu, a stamtąd do KL Buchenwald - podobóz Hadmersleben. Od 10 kwietnia 1945 roku przeżywał gehennę nieustannej ewakuacji obozu - w końcu stłoczonych na barkach więźniów Niemcy próbowali zatopić na Łabie. Wraz z grupą towarzyszy uciekł; przez Sudety przedostał się do Czechosłowacji, skąd pociągiem dotarł do Brzeska (pociąg zatrzymał się na chwilę na stacji w Oświęcimiu). Zmarł 14 czerwca 2016 roku. 

Po wojnie zdał maturę i ukończył studia na wydziale architektury Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Pracował w licznych biurach projektów - projektował obiekty dla wojska, kopalń, budowle przemysłowe i użyteczności publicznej. Kierował budowami kościołów w Złotej i Kątach Iwkowskich. Z jego inicjatywy od połowy lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku więźniowie z pierwszego transportu do Auschwitz spotykają się, co roku na zjazdach w Złotej i Tarnowie.

13406732 1193061707385243 7508231167184746876 n

Nie wolno nie wiedzieć

Z Józefem Stósem, więźniem KL Auschwitz numer 752, rozmawiają Paulina Wądrzyk, Zbigniew Klima i Bogdan Wasztyl

- Proszę opowiedzieć o swoim dzieciństwie.

- Mama pochodziła z rodziny wielodzietnej. Zmarła na gruźlicę, kiedy miałem osiem lat. Została zakażona w trakcie rodzenia mojej młodszej siostry. Na wsi w tamtych czas nie było akuszerki. Poród odbierały kobiety wiejskie. Ojciec był dyrektorem spółdzielni rolniczo-handlowej w Brzesku. Po śmierci matki ożenił się z jej młodszą siostrą. Mój dziadek był wójtem Okocimia i posiadał w tamtych czasach największe gospodarstwo. Mieliśmy sad wzorcowy, pięciohektarowy prowadzony przez Instytut Rolny.

Dzieciństwo swoje pamiętam tylko z pobytu w Krynicy, gdzie razem z moją siostrą jeździliśmy, żeby ratować zdrowie matki. Nie brakowało na to pieniędzy, ponieważ ojciec oprócz prowadzenia spółdzielni posiadał sklep. Zawsze prowadziła go któraś z sióstr mojej matki.

Musiałem się wyprowadzić z domu, kiedy mama zachorowała. Wychowywałem się głównie u jej rodziców, a moich dziadków. Czasami zabierała mnie do Tarnowa matka chrzestna - młodsza siostra mamy.

Byłem wychowywany w dużej dyscyplinie. Mój ojciec był żołnierzem austriackim. Jako przekaz zostawił mi radę: - Synu, żebyś nigdy nie grał w karty na pieniądze. Nie żądam przyrzeczenia od ciebie, tylko cię o to proszę. Ja podczas wojny przegrałem cały żołd w Alpach.

W Okocimiu ukończyłem cztery klasy szkoły podstawowej. Potem poszedłem do gimnazjum. Zachorowałem jednak na zapalenie opłucnej i musiałem przerwać naukę. Ledwo mnie odratowali. Po moim pierwszym roku liceum wybuchła wojna. Kiedy się skończyła, zdałem egzamin maturalny.

- Kim chciał pan zostać?

- Nigdy o niczym nie marzyłem. Miałem kolegów młodszych od siebie. Od samego początku byłem ich „przywódcą”. Organizowaliśmy sobie różne zadania. Chodziliśmy do lasu, gdzie wdrapywaliśmy się na drzewa. Zadanie polegało na tym, kto najszybciej wyjdzie z lasu nie stając na ziemi, czyli przeskakując z gałęzi na gałąź. Byłem najstarszy i najlepiej mi to wychodziło. Mieliśmy przeróżne zabawy.

- Należał pan do harcerstwa?

- W latach gimnazjalnych należałem do harcerstwa i Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży - Sodalicji Mariańskiej. Tworzyły się chóry kościelne. W Okocimiu był chór męski i żeński. Nigdy oba się nie mieszały. To było nie do przyjęcia w tamtych czasach. Po wojnie połączono kobiety i mężczyzn w jeden chór i razem odnosili sukcesy.

Po każdej mszy zaczynałem śpiewać „Boże coś Polskę”. Potem dołączał organista i reszta wiernych. Cały kościół grzmiał. Podczas wojny ta pieśń była zakazana, ale myśmy śpiewali.

- Oczekiwanie na wojnę. Jak wyglądało w Okocimiu?

- Głupi młokos byłem, narwany, niedojrzały…Modliłem się o wojnę, bo nie chciało mi się uczyć. Chciałem wojować. Siedział we mnie jakiś niespokojny duch. Ojcowie wywalczyli dla nas Polskę, więc jeśli nam ktoś zagrażał, to oczywiste było, że będziemy się bronić do końca. Służba wojskowa była wysoko ceniona. Żeby się dostać do wojska, trzeba było mieć prezencję i zdrowie fizyczne. Nie werbowano pierwszego lepszego i nie było przymusu odbywania służby wojskowej. Nie wyobrażaliśmy sobie, by nie walczyć o Polskę. Nie wyobrażaliśmy sobie, że ktoś mógłby odmówić walki. Nie było mowy o tolerowaniu kogoś, kto prezentowałby taką postawę. Jak trzeba bronić, to wszyscy do broni. Obywatelskim obowiązkiem mojego ojca, który był dyrektorem spółdzielni, było zatrudnić jak najwięcej ludzi, żeby ich nie wywieziono do Niemiec na roboty. Liczyliśmy, że na wiosnę chwycimy za broń i wyprzemy Niemców. Stało się inaczej, ale w tym duchu żyliśmy. Tak na to wszystko patrzyliśmy. Ani przez chwilę nie myślałem, że nie wygramy wojny.

- Kiedy wstąpił pan do wojska?

- Nie zdążyłem...Wojna rozpoczęła się w piątek, 1 września 1939 roku. Byłem akurat na obozie harcerskim nad morzem. Z obozu wróciliśmy, jako ochotnicza służba pomocnicza. Pilnowaliśmy trzech mostów w Brzesku oraz ważnych obiektów strategicznych. W Tarnowie jeszcze przed rozpoczęciem wojny została wysadzona stacja kolejowa. To był sabotaż. Rozwoziliśmy broń po wszystkich jednostkach w powiecie. Mieliśmy służbę przy telefonach. Siódmego dnia musiałem uciekać. Wziąłem rower i pojechałem zaciągnąć się do wojska. Kiedy jedni jechali za granicę, ja udawałem się w przeciwnym kierunku. Jechałem na Podole. Tam miały się tworzyć oddziały. Zanim dojechałem, wkroczyli Rosjanie. Zgłosiłem się do jednostki granicznej. Gdy pojawili się Sowieci, dowódca jednostki przygotował wszystko do przekazania nas do niewoli. Całą broń złożyli na jeden stos. Do dzisiaj słyszę szczęk rzucanej ze złością broni. Widzę stroskanego dowódcę, który mówi: - Jestem najstarszy stopniem. Proszę byście mnie słuchali i zachowali porządek.

Byłem niespokojny. Białe flagi były wywieszone dookoła. Była otwarta jedna furtka. Mżyło. Przez furtkę wchodzi dwóch mężczyzn w pelerynach. Chyba mieli furażerki na głowach. Nagle zobaczyłem dym spod peleryny. Strzał. Dowódca krzyknął: - Padnij!

Widzę jadący czołg. Ustawia lufę do przodu. Za nim biegnie wojsko. Koniec. Złożyliśmy broń. Dla mnie, jako dla zapalonego wojaka to nie było poddanie się, lecz wycofanie. Żołnierze byli wściekli, że nie mogą walczyć. Szliśmy czwórkami w jednej kolumnie. Szedłem tuż przy dowódcy. W trakcie marszu do dowódcy doskoczył jakiś sowiecki żołdak i zerwał mu pagony oficerskie. Zgorszyłem się. Nie wyobrażałem sobie, że coś takiego można bezkarnie popuścić. Byłem wychowany w duchu patriotyzmu. Można walczyć, ale trzeba zachować jakiś honor.

Wieczorem byliśmy na polach. Było po deszczu. Kazali nam leżeć. Postanowiłem wtedy, że nie pójdę do niewoli ruskich, którzy tak chamsko się zachowują. Patrzyłem, kogo wypuszczają. Podsłuchiwałem i zorientowałem się, że zwalniają kolejarzy. Miałem na sobie granatowy sweter. Mówię do kolegi: - Upatrzyłem tu sobie jednego, któremu się wydaje, że cały świat ma gdzieś, że nic go nie interesuje. Pójdę do niego i powiem mu, że jestem kolejarzem. Jak ja wyjdę, to ty zrób to samo.

W ten sposób znalazłem się niby na wolności, ale na terenie zajętym przez Sowietów. Kiedy inni chcieli uciekać za granicę, ja chciałem wrócić do domu, żeby bronić Polski. Już w Okocimiu dowiedziałem się, że dwustuosobowa jednostka zakopała broń w naszym lesie, a nam, jako zadanie konspiracyjne zlecili jej konserwację. Dziś uważam, że ktoś chciał mnie podpuścić. Podejrzewałem szkolnego kolegę, Jaśka Szpila, przed którym zawsze ostrzegał mnie ojciec. Na szczęście nic nie zrobiłem w tej materii, bo na konspiracyjnej robocie nakrył mnie ojciec. Prosił, bym był jego ochroną. Był komisarzem zbożowym, a magazyny spółdzielni, które prowadził, były magazynami mobilizacyjnymi. W ten sposób zostałem w Brzesku.

Z Jaśkiem już więcej się nie spotkałem. Uciekł ze swoim wujkiem na zachód, kiedy skończyła się wojna. Gdybym próbował sprawdzić swoje podejrzenia, mógłbym się znaleźć w gorszej sytuacji. Tak, niestety, układa się życie. Jeżeli ktoś chce szukać prawdy, musi liczyć się z kłopotami. Życie trzeba brać takim, jakie jest. Jak oberwałem, to oberwałem i nie starałem się oddać. Uważam, że dla każdego człowieka satysfakcją jest pozostać sobą, a przy tym być dobrym dla bliźniego. Nie ma większej radości niż uśmiech na twarzy człowieka, któremu się pomogło. Czasami górę bierze niewdzięczność, ale ją też trzeba przyjąć. Takie jest życie.

- Kiedy pana aresztowano?

- Po powrocie z niewoli z kolegami z Brzeska stworzyliśmy fikcyjną organizację - nauka języka niemieckiego. Tak zawsze wszystko układałem, żebym mógł ojca zabezpieczać w drodze powrotnej. Był 3 maja 1940 roku. Orałem w polu. O szóstej godzinie przybiegł chłopaczek, żebym przyszedł do domu. Poszedłem. - Ja cię zaprowadzę na policję, bo tak przyrzekłem - powiedział do mnie ojciec.

Poszedłem sam. Chcieli wyjaśnić jakąś sprawę. Przekroczyłem próg posterunku. Postawili mnie nosem do ściany i tak wraz z pięćdziesięcioma innymi cywilami stałem przez cały dzień. Ojciec dwa razy przeszedł koło mnie i widział, jak stałem. Myślał, że uda mu się coś załatwić. W końcu był dyrektorem jedynej w Brzesku spółdzielni rolniczo-handlowej. Od południa zaczęli zwalniać. Na koniec zostało nas dwudziestu.

Zapakowali nas do samochodu i wywieźli do więzienia w Tarnowie. Byłem nawet zadowolony z tego wszystkiego. Myślałem, że to będzie przygoda, ale kiedy kazali mi wyciągnąć sznurowadła z butów, oprzytomniałem. Uświadomiłem sobie, że to nie są żarty.

Wpakowali mnie do celi, gdzie było dwóch mężczyzn. Przygotowywali sobie akurat materiał do zapalenia papierosa. Spalało się papier, ale nie na popiół. Przygniatało się i wskrzesiło iskrę z kamyczka do zapalniczki. Powstawał ogień i w ten sposób zapalali papierosa. Jeden pochyla się nade mną. Zupełnie podobny do Chińczyka. A ponieważ przed chwileczką dmuchał, to miał czarny koniec nosa. Widzę te dwie twarze pochylone nade mną i słyszę: - Co, jak, dlaczego?

- Ciebie zwolnią - mówi jeden.

Był to porucznik kontrwywiadu, który siedział od samego początku wojny. Nazywał się Bogdan Szujski. Przekazał mi wszystkie swoje tajemnice. Miał piękne, żółte buty ze złotymi blaszkami z tyłu i z przodu. Kiedyś mi powiedział: - Nie wyjdę stąd. Rozstrzelają mnie na górze Marcina, ale poznasz mnie po tych butach.

Umówiliśmy się, że po wojnie w pierwszy dzień 3 maja spotkamy się pod Sukiennicami. Zgodnie z umową 3 maja 1946 roku pojawiłem się tam o godzinie dziesiątej. Odbywała się tam wtedy antypruska manifestacja, w której główny udział brały niewiasty. Ale jego nie było. Sądzę, że stało się tak, jak mówił.

Drugi nazywał się Tadziu Szadko. Młody chłopak z Tarnowa. Uczyliśmy się języka migowego i w ten sposób przekazywaliśmy sobie wszystkie wiadomości. Tak dowiedziałem się, że mamy w celi dwóch kapusiów. W więzieniu, jako jedyny dostawałem paczki i nową bieliznę. Ojciec znalazł strażnika, który wszystko mi donosił. Na bibułce pisałem listy do domu. Po wojnie były w naszym domu, ale Urząd Bezpieczeństwa zarządził rewizje, ponieważ ojciec nie chciał z nimi współpracować. Listy z obozu do domu, listy od kolegów, którzy mi dziękowali, że ich wyprowadziłem - wszystko zabrali ci z UB.

- Czy osadzeni w więzieniu w Tarnowie przypuszczali, jaki los ich czeka?

- Chodziły informację, że grupa więźniów - głównie profesorowie i inżynierowie z Mościc - wyjechała na roboty rolne do Niemiec. Zazdrościliśmy im. Wstąpiła w nas nadzieja, że też wyjedziemy. Po tygodniu wywołują nas i grupkami wyciągają z cel. Radość wstąpiła, że jedziemy na roboty. Z tym przekonaniem braliśmy kąpiel w łaźni żydowskiej. Warunki były idealne. Basen z zimną i ciepłą wodą. Tam spędziliśmy noc. Rano ustawili kolumnę. Było siedmiuset pięćdziesięciu więźniów. Zdaje się, że jednego zwolnili po drodze. W samej łaźni było nas więcej, ale wywołani z powrotem wrócili do cel.

Szliśmy przez miasto. Nie wolno nam było rozmawiać, ani komunikować się z ludnością cywilną. Ludziom nie wolno było podchodzić do okien. W przeciwnym razie od razu strzelano. Doszliśmy do stacji. Załadowali nas do wagonów. Przede mną siedział mężczyzna z żółta opaską SD. Kiedy przejeżdżaliśmy przez Brzesko, patrzyłem na kościół w Okocimiu, do którego stale chodziłem i w którym zawsze kończyliśmy nabożeństwo pieśnią „Boże coś Polskę”. Był piękny słoneczny dzień. Sianokosy. Tak dojechaliśmy do Krakowa. Tam usłyszeliśmy przez megafony, że Paryż padł! Ale został jeszcze Londyn - tliła się w nas nadzieja. Przecież nie możemy przegrać! Jak można przegrać dwadzieścia lat wolnej Polski? Ojcowie nam ją wywalczyli, a za naszych czasów Polska niknie. To było nie do pomyślenia. Duch w nas nigdy się nie załamał.

- Jak zachowywali się Niemcy, kiedy byliście w Krakowie?

- Nie wiem. Siedzieliśmy w wagonach, a przy nas straż. Nie wolno nam było rozmawiać. Baltaziński, oficer austriacki i przyjaciel mojego ojca, z nimi rozmawiał. Pochodził z Brzeska i od początku był Dolmetscherem (tłumaczem). Przekroczyliśmy granicę. Pociąg się zatrzymał. Na zielonym tle ujrzeliśmy napis Auschwitz. Nikt nie wiedział, co to jest Auschwitz. Ktoś wreszcie odkrył, że to Oświęcim. Nasz Oświęcim. Już nie nasz, bo nie w naszych rękach. Teraz była inna władza. Pociąg jechał po raz pierwszy od czasów wojny tymi torami. Sprawdzali chyba równocześnie, czy nie są zaminowane. To była droga do jednostki wojskowej, do magazynów MOP-u. Było bodajże pięć potężnych magazynów mobilizacyjnych dla Polski. Chyba były pełne, bo po jakimś czasie naszego pobytu w obozie, Niemcy stworzyli komando w magazynach. Przygotowywano żywność do zrzutów z samolotów, kiedy rozwinął się front wschodni.

- Gdzie was skierowano?

- Na bocznicę, tam gdzie był budynku Monopolu Tytoniowego, a dzisiaj jest Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa w Oświęcimiu. Kiedy dojechaliśmy, zobaczyliśmy grupkę ludzi leżących w trawie. Mieli czarne czapki podobne do marynarskich, granatowe kurteczki i spodnie w pasy. Jedziemy dalej z przekonaniem, że wiozą nas na roboty rolne. Trochę jednak za blisko nam się to wydawało. Myślimy, że tu przenocujemy. To była nasz opinia. Ze wszystkim zwracaliśmy się do Baltazińskiego, który był naszym pierwszym tłumaczem w obozie.

Wagon, w którym siedziałem, trafił na ścianę magazynu. Nagle otwierają się drzwi i słyszę piekielny wrzask:

- Raus!

Tak się cieszyliśmy, że dobrze trafimy, a tu koszmarny krzyk i bicie. Nawet nie wiem, czy esesmani nas bili, bo oni obstawili cały ten teren karabinami maszynowymi. Biją nas i ustawiają w jedną grupę. Transport był wysegregowany. Przed nami do Wiśnicza pojechali starsi, profesorowie. Tu zostali sami gówniarze. Wsadzili nas na kwarantannę. Dwa tygodnie morderczego sportu. Tempo było nie do wytrzymania. Pamiętam jednego inżyniera w niebieskim ubraniu, który mdlał bez przerwy. Nie było wody do cucenia. Warunki sanitarne zerowe.

Zarejestrowali nas przy trzech stolikach. Baltaziński wywołał trzy numery: 748 Mietek Zięć, ja i Felek. Nas trzech z jednej klasy i trzech wywołanych wcześniej, którzy znają biegle język niemiecki i biegle piszą na maszynie. Zaprowadzili nas w szóstkę do piwnicy tego budynku, w którym dzisiaj jest szkoła. Trzech zasiadło do maszyn do pisania, a nas przydzielono do odbierania rzeczy. Po rejestracji zawiniątka układaliśmy na podłogę tworząc pierwszy Effektenkammer. Każdy dostał dwa numerki. Jeden na spodnie, a drugi na marynarkę. Trzeci numerek kładliśmy na rzeczach danego więźnia.

Po zarejestrowaniu dostaliśmy pierwszy obiad. Coś wspaniałego. Widzę to dzisiaj i do końca życia będę widział ten olbrzymi kocioł. Na wierzchu myślałem, że to biały chleb albo bułka pływa, a to była skrojona słonina, na dole z kolei groch. Cały przydział słoniny skroili na ten jeden obiad. Więcej nam już tego nie dali.

- Jak długo byliście w budynkach Monopolu?

- W Monopolu byliśmy chyba dwa tygodnie. 6 lipca 1940 roku, kiedy uciekł Wiejowski, zarządzono stójkę. Byliśmy już wtedy na terenie obozu macierzystego, na drugiej kwarantannie. Nie wydano nam posiłków. Staliśmy o głodzie odpowiednio rozstawieni na placu apelowym. Było nas trzystu. Palitzsch ogłosił, że jeżeli nie znajdzie się Wiejowski, to będziemy dziesiątkowani, czyli wybierani na śmierć.

W trakcie tej stójki oberwałem tylko raz. Nie trzymałem założonych rąk z tyłu na karku tylko podniosłem je trochę wyżej, żeby mi krew dopływała. Rano po apelu Palitzsch mówi: - Nie zgadza się stan.

Zaczęli wybierać na rozstrzelanie. Niektórzy więźniowie, najbardziej wykończeni wielogodzinną stójką, zgłaszali się na ochotnika. Nie wiedzieli, że idą na rozstrzelanie. Zrobiłem rachunek sumienia i wierzyłem, że umrę śmiercią godną Polaka. Ale naszą grupę przeprowadzili na blok, gdzie odbywaliśmy pierwszą kwarantannę i kazali nam zalepiać okna. Przygotowania dezynfekcji. Na plac wróciliśmy tuż przed trzecią. Stójka już była zlikwidowana. Tych, co padli, zostawiali na słońcu a dopiero później wnosili do środka.

W tym czasie w obozie praktycznie były tylko dwa gotowe bloki: Krankenbau dla chorych i blok dla nas trzystu.

Wkręciłem się do pracy przy maszynie do dezynfekcji. Dostaliśmy jednak po mordzie, bo na drugiej stronie maszyny znalazły się wszy. Z jednej strony wkładało się do dezynfekcji, z drugiej strony się wyjmowało. Była taka ścianka, która wydzielała czystą odzież od brudnej. Czy była tam ta wesz? Nie wiem. Może to był tylko pretekst, żeby mieli okazję do bicia. Doszedłem do wniosku, że nie będę pracował w tym komandzie i uciekłem.

- Byłeś zmęczony kiedyś w obozie?

- Człowiek w każdej sytuacji musi umieć znaleźć rozwiązanie. Trwaliśmy na przykład w przysiadzie. Godzina, dwie. Człowiek nie jest w stanie tego wytrzymać, a jednak można sobie ulżyć. Pomyślałem, dlaczego mam narzekać. Mógłby padać teraz deszcz, więc mogłoby być gorzej.

W późniejszym już czasie załatwiłem sobie obozowe ubranie uszyte przez prawdziwego krawca. Podszyte było nieprzemakalnym, kradzionym z rzeźni brezentem. Miałem znajomości u krawców. Byłem zawsze usłużny i jeśli tylko mogłem, to zawsze jakoś pomagałem. Wyszywałem na przykład bardzo ładne numerki. Każdy obszyty był czarnymi krzyżykami. Próbowałem to zrobić dziesięć lat później u siebie, ale zabrakło mi esesmańskiego płótna i zepsułem wszystko. Wyszywałem numerki za pajdkę chleba lub coś innego. Robiłem to dla współwięźniów, którzy nie potrzebowali silić się obozowym jedzeniem, bo pracowali na zewnątrz obozu, w dobrych miejscach.

Kiedy funkcjonowała już w obozie „kanada”, nie potrzebowaliśmy jedzenia obozowego. Lepsze rzeczy się ukradło, czy zorganizowało, jeśli były tylko warunki. My mieliśmy warunki w zbrojarni. Odginaliśmy na gorąco żelazo wyżej trzydziestki. Mieliśmy zezwolenie na koks, ale że nam go nie dawali, musieliśmy go zorganizować sami. Mieliśmy dwóch Cyganów, którzy ilekroć koks przyszedł, dowozili go do nas taczkami. Przed fajrantem przywieźli drugą partię i na fajrant trzecią. Przesiedzieli u nas cały dzień. To była wzajemna pomoc. Nic nas to nie kosztowało. Musiało być tylko zezwolenie na koks.

Trzeba też było mieć dużo szczęścia. Kiedyś, jak gotowałem owies w wiaderku, nakrył mnie Blockführer 2 bloku. Wszyscy się go bardzo bali, a ja nawet w mordę od niego nie dostałem. Powiedział mi tylko, żebym uważał.

Nie raz jednak oberwałem niesłusznie. Wszystko zależało od więźniów funkcyjnych. Zastępca blokowego potrafił nagle przeglądaćnaczynia. Mieliśmy menażki, z których nie korzystaliśmy. Musiały być czyste w razie kontroli. Jak była brudna, to lali po mordzie. Zresztą wystarczyło, że wydłubał kawałek brudu zza ucha. Podobnie było z pościelą. Na samym początku, jak dali nam pościel, nie wolno było na niej spać, tylko miała być złożona w kosteczkę. Jak zginęła, traktowano to jak sabotaż. Za sabotaż rozwalali od razu. Osobiście spałem na pościeli, żeby mi jej nie ukradli.

- Jakie jest pańskie najgorsze wspomnienie z Auschwitz?

- Pewnego dnia nie wyszliśmy w ogóle z obozu. Zarządzili Lagersperre. Nie wolno było chodzić. Wszyscy mieli zostać w łóżkach. Nie wolno się było zbliżać do okien. Po dłuższym czasie niektórzy zaczęli wychodzić z łóżek i spacerować. Podobnie było ze mną i z Miśkiem Skawińskim. Nasza ciekawość wzięła górę. Wyszliśmy w dwójkę. On szedł wzdłuż bloków czając się, a ja udawałem funkcyjnego więźnia (miałem eleganckie ubranie, bo pracowałem u krawców) i prościutko skierowałem się pod 13 blok - dzisiaj oznaczony, jako 11. Tu stanęliśmy. Z jednej i z drugiej strony od bramy był usypany z piasku mały wał wysokości około dziesięciu centymetrów. Zwężał się i ukierunkowany był w stronę drogi. Na końcu był wałek niedużej szerokości i płynęła „rzeczka”. Bardzo powoli płynęła. Krew. Brama nie była domknięta, tylko przymknięta. Nie dało się jej zamknąć. Po jednej i drugiej stronie stosy trupów na wysokość chyba dwóch metrów. Krew kapała z martwych ciał i płynęła do kratki.

- Podobny opis znajduje się w Raporcie rotmistrza Witolda Pileckiego.

- Nie wiedziałem o tym, ale nigdy tego obrazu nie potrafiłem wyprzeć z pamięci. Kiedyś oprowadzałem po byłym obozie dużo grup niemieckich i zawsze pokazywałem im to miejsce, które na mnie wywarło największe wrażenie z całego pobytu w obozie. Pewnego razu, chyba w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku podchodzi do mnie jedna ze słuchających kobiet i prosi, bym jej pokazał tę kratkę. Prowadzę ją na miejsce i co widzę? Nie ma kratki. Zamiast niej położona jest jakaś płyta z trzema otworami. Okazało się, że podczas jakichś prac pracownicy Muzeum usunęli oryginalną kratkę ściekową i zastąpili ją betonową płytą. Kilka lat musiałem walczyć o tę kratkę z dyrektorem Jerzym Wróblewskim, który zamiast przeprowadzić postępowanie, aby wyjaśnić, kto i dlaczego usunął oryginalną kratkę ściekową i spowodować przywrócenie jej na właściwe miejsce chciał, abym ja zgromadził komplet dowodów potwierdzających moje słowa. Tak nie powinno być. Jakiś szacunek dla tego miejsca, dla naszych tragicznych przeżyć, dla historycznych świadectw powinien chyba być! Straciłem na to kilka lat, ale kratka się znalazła i powróciła na swoje miejsce. A gdybym nie przeżył tego sporu, kto by się upomniał o prawdę? Dlatego nie mogłem odpuścić, bo to była bardzo ważna sprawa. Przez tę kratkę spływała krew polskich patriotów rozstrzeliwanych pod Ścianą Śmierci! A ja nie przeżyłem niczego mocniejszego w swoim życiu. Stos poukładanych trupów. Struga krwi wypływająca przez bramę…

- W ostatnich latach wielokrotnie upominał się pan i apelował o pamięć o polskich ofiarach Auschwitz…

- Tak zostałem wychowany - w szacunku dla prawdy. Po wojnie komuniści aresztowali mojego ojca za to, że podczas niemieckiej okupacji był jednym z lokalnych przywódców Batalionów Chłopskich, moich kolegów aresztowano za to, że byli w Armii Krajowej. A ja przez wiele lat musiałem się bronić, przed założeniem munduru Ludowego Wojska Polskiego, komunistycznego wojska, bo uważałem, że Polska została Sowietom sprzedana. Nie było to łatwe, bo po ukończeniu studiów (architektura) dostałem nakaz pracy właśnie do wojska. Wszystko odbyło się w perfidny, podstępny sposób. Każdego zapytali, gdzie chciałby pracować, a gdzie nie. Na koniec każdy z nas trafił w miejsce, w którym nie chciał pracować. Znalazłem się w Bydgoszczy. Wykonywałem różne projekty dla wojska, ale munduru LWP nigdy nie założyłem.

 

- Zaskoczyło pana to, że w 2005 roku Parlament Europejski nie zgodził się z propozycją polskich eurodeputowanych, by w rezolucji z okazji 60. rocznicy oswobodzenia KL Auschwitz była mowa o niemieckich nazistach?

- Nie zaskoczyło mnie to, bo podobną tendencję ze smutkiem obserwuję od lat. Niezmiennie jednak podobne praktyki oburzają mnie i napawają niesmakiem. Takie określenie niczego nie wyjaśnia, a wręcz przeciwnie -  wszystko rozmywa, relatywizuje. Z tym procesem zetknąłem się po raz pierwszy przed trzydziestu laty, gdy byłem w Stanach Zjednoczonych. Często czułem się, jak przybysz z innego świata, ktoś nieproszony. Tam mówiło się o Auschwitz tylko w kontekście Holokaustu. Zapomniano o tym, że oprócz ponad miliona Żydów, jest to największy cmentarz Polaków. Zapomniano o 23 tysiącach Romów, o 15 tysiącach jeńców sowieckich, o ofiarach innych narodowości. Ja - Polak, harcerz, aresztowany, dlatego, że chciałem walczyć o wolną Polskę, więzień Auschwitz z pierwszego transportu, zakłócałem tę wizję. Czułem się jak świadek niechciany. Tego odczucia nie mogę pozbyć się do dziś. Nawet w wolnej Polsce.

- Władysław Bartoszewski zapowiadał w 2005 roku, że wobec takiego stanowiska Parlamentu Europejskiego on będzie rozpowiadał, że do obozu przywieźli go Francuzi…

- Czy chodzi nam o prawdę, czy o licytowanie się absurdalnymi kłamstwami? Zostałem wychowany w szacunku dla prawdy i uważam, że najlepszą odtrutką na kłamstwo jest prawda. Kolegę Bartoszewskiego może przywieźli Francuzi, mnie do Auschwitz deportowali Niemcy. Obozy koncentracyjne były w III Rzeszy instytucjami państwowymi, a nie prywatnymi folwarkami niemieckich narodowych socjalistów. Rozumiem jednak tę irytację zatrważającą bezradnością wobec tak bezczelnych kłamstw i prób fałszowania historii. Sami jednak nie jesteśmy bez winy.

- Co ma Pan na myśli?

- Wciąż tkwimy w grzechu zaniechania, niewiedzy, obojętności, braku szacunku dla prawdy. Gotowi jesteśmy kupczyć prawdą, by osiągnąć jakieś chwilowe korzyści. Pamiętam, jak w 2000 roku w Sztokholmie odbywała się wielka, międzynarodowa konferencja poświęcona Holokaustowi. Kanclerz Niemiec Gerhard Schröeder w swym długim wystąpieniu o Auschwitz wymieniając ofiary tego obozu - Żydów, Cyganów, Świadków Jehowy, niepełnosprawnych i homoseksualistów - nie wspomniał ani słowem o Polakach, którzy stanowili drugą pod względem liczebności grupę ofiar. Mimo obecności na tej konferencji Prezydenta RP, ministra spraw zagranicznych nikt oficjalnie nie upomniał się o pamięć o Polakach. Pięć lat później podczas kolejnej konferencji w Berlinie ustępujący prezydent Niemiec zapomniał uwzględnić Polaków w bilansie ofiar. Nikt nie protestował. Nie poszły za tym żadne działania polityczne, bo polskie elity udawały, że nie widzą i nie słyszą.

- W ostatnich latach coś się chyba jednak zmienia na lepsze. Coraz częściej polski rząd reaguje na oszczercze treści o „polskich obozach koncentracyjnych i zagłady”…

- Chciałbym wierzyć, że następuje jakiś przełom, ale ja wciąż widzę, że świat zapomniał o nas, o polskich ofiarach KL Auschwitz. Krew się we mnie burzy, kiedy na Zachodzie coraz częściej pisze się o polskich obozach koncentracyjnych. To ordynarne kłamstwo, które powinno być bezwzględnie napiętnowane i ścigane. Jak można się temu przeciwstawić? Trzeba krzyczeć, a nie milczeć, protestować, prostować, ścigać, edukować. Trzeba przypominać podstawowe fakty. Konzentrationslager Auschwitz został założony przez hitlerowców 14 czerwca 1940 roku (tego dnia deportowano z więzienia w Tarnowie 728 polskich więźniów politycznych) w celu umieszczania w nim obywateli polskich nastawionych wrogo do III Rzeszy. Przez półtora roku w obozie znajdowali się, zatem wyłącznie Polacy (wśród nich również polscy Żydzi, którzy byli na przykład żołnierzami polskiej armii). W czasie okupacji deportowano do tego obozu około 150 tysięcy Polaków, z których 75 tysięcy zginęło. Polacy stanowili 37 procent wszystkich więźniów numerowanych i odgrywali szczególną rolę w obozowym ruchu oporu. Polska nie może o tym zapomnieć a świat nie może o tym nie wiedzieć.

Wspomóż Nas

Nasza działalność opiera się o wolontariat i darowizny osób fizycznych.

W tym momencie zbieramy środki finansowe na:

  • powstanie objazdowej wystawy "Niezłomni spod Auschwitz",
  • wydanie książki o bohaterskich żołnierzach oddziału AK "Sosienki", którzy zorganizowali najwięcej ucieczek z niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz.

Jeśli popierasz cele Stowarzyszenia Auschwitz Memento wesprzyj nas darowizną poprzez system PayPal. Kliknięcie w powyższy obrazek przeniesie Cię na strony PayPal gdzie można przekazać darowiznę.

Można także wesprzeć Stowarzyszenie poprzez wpłaty na konto bankowe:

Bank Spółdzielczy w Andrychowie O/ Oświęcim
58 8110 1023 2003 0300 3381 0001 z dopiskiem “Darowizna na cele statutowe” w tytule przelewu a także podaniem adresu mailowego i krótkimi danymi osobowymi, które umożliwią podziękowanie za pomoc w realizacji projektu.

Dziękujemy!

Partnerzy
wejherowo gdynia udskior
fio marszalek malopolski 2 mhp
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wtórna publikacja lub rozpowszechnianie treści publikowanych przez Stowarzyszenie
bez uprzedniej pisemnej zgody Zarządu Stowarzyszenia zabronione.